Reklama

Wywiady

To już rok bez atomu w Niemczech. „Szanse na jego powrót są, ale nikłe" [WYWIAD]

Autor. Envato

Cień szansy na powrót energetyki jądrowej istnieje, z pewnością nie można tego wykluczyć. Musiałoby się jednak wiele jeszcze wydarzyć, aby to stało się faktem. Dziś te szanse oceniam jako niewielkie - powiedział w rozmowie z Energetyką24 Michał Kędzierski, analityk OSW, ekspert ds. polityki energetycznej i klimatycznej Niemiec.

Karol Byzdra, Energetyka24: Minął rok od wyłączenia atomu w Niemczech. Jak można podsumować ten okres?

Michał Kędzierski, OSW: Ten rok upłynął dość spokojnie, choć oczywiście przyniósł zmiany, częściowo spodziewane, a częściowo niespodziewane. Zakładano np. że po wyłączeniu tych ostatnich trzech elektrowni jądrowych Niemcy zwiększą import energii i tak się faktycznie stało. Ba, Niemcy w ub.r. po raz pierwszy od 20 lat stały się wręcz importerem energii netto – to znaczy więcej importowały, niż eksportowały. To ewidentnie wiąże się z luką po atomie. Co ciekawe, Niemcy najwięcej importowały z Francji, która opiera się na atomie, stamtąd pochodziło ok. 20% importu. W sumie całościowe dane jednak pokazują, że ponad połowa importowanej energii pochodziła ze źródeł odnawialnych, a tylko jedna czwarta z atomu.

A co natomiast było zaskakującego?

Spodziewano się, że Niemcy zwiększą generację z węgla, żeby wypełnić lukę po atomie. Tymczasem nie tylko nie zwiększyły, co wręcz produkcja energii z węgla mocno spadła – o ponad 20%. Lekko o około 1% wzrosła z kolei generacja z gazu. Lukę po atomie wypełniły bowiem źródła odnawialne, których udział w miksie w 2023 r. wzrósł do 53%, oraz wspomniany import, który był po prostu tańszy niż energia z rodzimych bloków węglowych. Do tego wskutek gorszej koniunktury gospodarczej, w tym spadku produkcji przemysłowej, spadło istotnie zużycie energii. Gdyby konsumpcja była wyższa, także elektrownie konwencjonalne musiałyby prawdopodobnie pracować częściej.

Jak dalszy los czeka wygaszone elektrownie jądrowe? 

Reklama

Niemiecka ustawa o odejściu od atomu nakłada na operatorów elektrowni obowiązek niezwłocznego przystąpienia do ich demontażu. Ten proces oczywiście jest rozłożony na wiele lat, może trwać nawet i dwie dekady, co wynika ze specyfiki technologii jądrowych. W większości przypadków proces rozbiórki elektrowni jest dość zaawansowany.

To znaczy?

Ze wszystkich wygaszanych na przestrzeni ostatnich dwóch dekad elektrowni jeszcze tylko dwie nie otrzymały od odpowiednich urzędów finalnej zgody na rozbiórkę – wyłączona w 2021 r. elektrownia Brokdorf w Szlezwiku-Holsztynie oraz wyłączona rok temu elektrownia Emsland w Dolnej Saksonii. Z zapewnień władz wynika, że zezwolenia powinny zostać wydane w tym roku.

Zatem na jakim etapie jest demontaż elektrowni jądrowych? Czy są jeszcze obiekty, które można ponownie uruchomić?

Jak wspomniałem, to są długotrwałe procesy, rozłożone na lata. W zależności od lokalizacji, postępy prac są różne. W przypadku elektrowni wygaszonych przed 2021 r. opcji ponownego włączenia już nie ma – tu demontaż jest już zbyt zaawansowany. Jeśli zaś chodzi o elektrownie wyłączone w ub.r. i te wygaszone pod koniec 2021 r., czyli łącznie sześć reaktorów, tu zdaniem ekspertów teoretycznie istnieje jeszcze możliwość ponownego uruchomienia, choć oczywiście tylko do pewnego momentu. Wraz z postępami prac demontażowych, ta opcja będzie się coraz bardziej zamykać.

Czytaj też

Rozumiem, że tu nie chodzi tylko o wysokie koszty ponownej działalności.

Aby w ogóle doszło do wznowienia działalności, potrzeba byłoby po pierwsze woli politycznej – zmiany ustaw, szeregu innych regulacji, po drugie, przywrócenia technicznej zdolności do pracy, po trzecie, przeprowadzenia na nowo certyfikacji, po czwarte, skompletowania załogi, po piąte, uzgodnienia sfinansowania tego wszystkiego. Koszty są trudne do oszacowania, ale mówi się o kilkuset milionach do paru miliardów euro. Oczywiście wraz z postępami prac demontażowych, zakres prac i koszty będą rosły.

Jednak w Bundestagu politycy CDU/CSU od dłuższego czasu domagają się tego. W grudniu zaprezentowali nawet nowy program partii uwzględniający m.in. rozbudowę parku jądrowego w kraju. Czy można liczyć na to, że powrót do atomu przyniesie zmiany w niemieckiej gospodarce? Bo może nie ma o co kruszyć kopii.

Większość niezależnych ekspertów w Niemczech jest zdania, że przede wszystkim rezygnacja rok temu z wyłączenia byłaby sensowna, bo ograniczyłaby częściowo wzrost cen energii w czasie kryzysu. Nie byłaby przy tym jednak game changerem, bo to rekordowe ceny węgla i gazu napędzały wzrosty. Ci eksperci zakładają, że ponowne uruchomienie miałoby gospodarczy i finansowy sens, gdyby pozwolić tym reaktorom na co najmniej kilkuletnią, a najlepiej dłuższą nawet działalność. Wznowienie pracy trzech zapewne miałoby pewien pozytywny wpływ na ceny, ale dość ograniczony.

Z tym domaganiem się powrotu do atomu przez CDU/CSU to zalecałbym ostrożność – moim zdaniem to tylko taktyka partyjna – chęć maksymalnego odcięcia się od niepopularnych działań koalicji rządzącej i efektów kryzysu gospodarczego. Deklaracje, zwłaszcza w opozycji, to jedno. Realizacja postulatów u władzy to drugie. Załóżmy (a to dość prawdopodobne), że chadecy będą mieli kanclerza i będą współtworzyć koalicję rządzącą po wyborach w 2025 r. Czy starczy im determinacji politycznej, żeby przeforsować powrót do atomu? Mam tu na myśli długotrwałość procesu, koszty, gwarantowane protesty, konieczność negocjacji z landami itd. Czy znajdą do tego koalicjantów? Czy pod koniec 2025 r. jeszcze w ogóle będzie taka techniczna możliwość? Ja mam tu – niestety – zasadnicze wątpliwości.

Czytaj też

A co mieszkańcy Niemiec sądzą o wycofaniu atomu?

Ostatnie badania pokazywały, że większość Niemców popierała przedłużenie funkcjonowania elektrowni jądrowych. Przy czym według pogłębionych sondaży chodziło raczej o kilka lat dalszej działalności, na czas kryzysu, a nie generalną rezygnację z polityki odejścia od atomu. To nastawienie Niemców zmieniło się oczywiście w 2022 r. wraz z agresją Rosji na Ukrainie – do tego czasu większość ankietowanych popierała Atomausstieg. Dopiero kryzys energetyczny i gospodarczy wpłynął na zmianę postawy – z tego właśnie korzystają chadecy, podnosząc – już w roli opozycji – postulaty najpierw przedłużenia działania elektrowni, a teraz – jej przywrócenia. Te postulaty trafiają teraz na podatny grunt wśród wyborców, do których chcą trafić chadecy. Większość elektoratów Zielonych i SPD wciąż w większości popiera decyzję o wygaszeniu atomu – trudno sobie wyobrazić, żeby te partie miały zmieniać swoje stanowisko w tej sprawie.

Reklama

Czy istnieje zatem choć cień szansy, że Niemcy wrócą do atomu?

Cień szansy istnieje, z pewnością nie można tego wykluczyć. Musiałoby się jednak wiele jeszcze wydarzyć, aby to stało się faktem. Dziś te szanse oceniam jako niewielkie. Sądzę po prostu, że kiedy – albo o ile – po następnych wyborach temat stanie na agendzie, może okazać się, że potencjalne koszty powrotu (wszelkie koszty – polityczne, finansowe, społeczne itd.) okażą się już zbyt wysokie w stosunku do spodziewanych zysków. Że krótko mówiąc – zabraknie tej politycznej determinacji. Ale oczywiście mogę się w tej ocenie mylić.

W internecie nierzadko pada pytanie, czy nie można by wydzierżawić lub odkupić wygaszonych reaktorów. Odpowiedzmy zatem ostatecznie, czy to w ogóle byłoby możliwe?

Trudno mi to sobie wyobrazić. Zarówno od strony praktycznej, jak i politycznej.

Czytaj też

No dobrze. Wróćmy na moment jeszcze do tematu pieniędzy. Niemcy wycofali się z atomu, ale zakłady przetwarzające zużyte paliwo jądrowe i produkujące elementy do elektrowni jądrowych dalej funkcjonują. To znaczy, że dalej chcą zarobić na tym sektorze.

Tak, to ciekawa kwestia. W Niemczech wciąż działają zakłady wzbogacania uranu i produkcji prętów paliwowych. One nie są objęte regulacjami ustawy o odejściu od atomu i o ile mi wiadomo zamierzają działać co najmniej do połowy lat 30. Co ciekawe, niemiecki zakład produkcji paliwa jądrowego w Lingen w Dolnej Saksonii należy przez spółki córki do francuskiego koncernu EDF. Z jego produkcji korzystają wciąż elektrownie jądrowe w wielu zachodnioeuropejskich krajach, a obecnie właściciele starają się o poszerzenie produkcji o pręty pasujące do rektorów wschodniego typu, które działają w krajach Europy Środkowo-Wschodniej, jak Czechy, Słowacja czy Ukraina. Pikanterii sprawie dodaje fakt, że Francuzi do tego potrzebują rosyjskich technologii i w tym celu zawiązali joint venture z Rosjanami. Sprawa nie została jeszcze przesądzona, niemiecki urząd zwleka z wydaniem zgody. Niemniej wywołuje to w Niemczech duże kontrowersje – od miesięcy odbywają się w Lingen protesty przeciwko nawet pośredniemu zaangażowaniu Rosjan. Nieprzychylnie wypowiadają się zarówno władze landowe, jak i federalne. Zobaczymy, jakie będą decyzje. Powinny zapaść w ciągu najbliższych tygodni.

Reklama

Jak idzie Niemcom realizacja Energiewende? Czy można stwierdzić, że transformacja energetyczna powiodła się?

Zacznijmy od tego, że każda transformacja to proces, najczęściej długotrwały. Do końca Energiewende jeszcze daleko – perspektywa została określona na 2045 r., kiedy Niemcy zgodnie z deklaracjami chcą osiągnąć neutralność klimatyczną. A jak natomiast idzie realizacja transformacji? Krótko mówiąc, systematycznie do przodu, ale bardzo chaotycznie, z licznymi problemami i przy wysokich, a powiedzmy sobie uczciwie – niepotrzebnych, powstałych na własne życzenie – kosztach. Niemiecki model transformacji energetycznej – odejście od atomu i dążenie do oparcia systemu o OZE, stawianie na dużą skalę na zupełnie nowe rozwiązania, jak wodór – niepotrzebnie ją podraża. W ogóle wokół Energiewende toczy się nieprzerwanie wielka gra interesów różnych opcji politycznych, branż gospodarki, landów, organizacji społecznych itd. Każda decyzja okupiona jest długotrwałymi negocjacjami, skomplikowanymi kompromisami, które często dodatkowo generują kolejne problemy.

To może rodzić pytanie, czy w obliczu wielkiej gry interesów debata na temat energetyki w Niemczech w ogóle istnieje. Czy rząd wsłuchuje się w głos mieszkańców i jakoś uwzględnia ich w swojej polityce, czy też bezwzględnie dąży do wcześniej ustalonych celów? 

Oczywiście, że istnieje! Energiewende to temat nieskończonych i gorących debat. I to zarówno w Bundestagu, jak i w mediach tradycyjnych, i tych nowych, wśród ekspertów, analityków, aktywistów itd. W żadnym wypadku nie jest tak, że z góry wszystko wiadomo, jest jedna obowiązująca linia i nie ma dyskusji. To jakiś mit wynikający jak sądzę z nieznajomości niemieckiej specyfiki. Jak wspomniałem, każda decyzja dotycząca transformacji okupiona jest wielomiesięcznymi debatami, a im bardziej kontrowersyjny projekt, tym większym ulega zmianom w toku debaty publicznej i prac legislacyjnych. Podam przykład ubiegłorocznej ustawy grzewczej, którą zgłosił wicekanclerz Robert Habeck z Zielonych. W dużym skrócie miała ona wprowadzić zakaz montażu nowych kotłów gazowych za kilka lat i promować pompy ciepła. Po wielu tygodniach gorącej debaty, kryzysie koalicyjnym, przyjęta ostatecznie wersja w zasadzie nie bardzo przypominała już wniesiony projekt. Tak bardzo został on rozwodniony w reakcji na odbiór społeczny. Ale oczywiście nie zawsze tak to się odbywa. Wcześniej mówiliśmy o atomie – tu zwrotu nie było.

Czytaj też

Na myśl przychodzi mi inny przykład i budowa terminalu LNG na Rugii.

Dokładnie, od miesięcy mieszkańcy i organizacje ekologiczne protestują, a terminal powstał. Jak wcześniej wspomniałem, każda decyzja jest wypadkową wielkiej gry interesów wielu środowisk.

Niemcy wyłączają elektrownie jądrowe, ale jednocześnie spoglądają ukradkiem w kierunku fuzji jądrowej. Na ile jest to pieśń przyszłości, a na ile nowy kierunek rządu?

Niemcy od lat 90. prowadzą przy finansowym wsparciu państwa badania nad fuzją jądrową. Ta technologia nie budzi w Niemczech takich kontrowersji, jak ta tradycyjna, wykorzystywana już od dekad, bo nie można jej przypisać tych samych zarzutów (kwestie bezpieczeństwa reaktorów, składowania odpadów promieniotwórczych itd.). Jednocześnie fuzję uznaje się za potencjalnie ważną technologię przyszłości i wiele środowisk w Niemczech nie chce wypaść z globalnego wyścigu w tym zakresie. Od strony politycznej te dążenia reprezentują chadecy i liberałowie. W obecnym rządzie robi to FDP – ostatnio na wniosek liberałów rząd RFN przyjął specjalną strategię i zwiększył finansowanie badań nad fuzją jądrową. FDP chce też opracowania specjalnej ustawy w tym zakresie. Deklarowanym celem jest budowa w Niemczech pierwszej na świecie elektrowni wykorzystującej fuzję. Perspektywa czasowa jest tu dość odległa – mówi się o mniej więcej 2040 r. Politycznie to się jednak dobrze sprzedaje w elektoratach chadeków i liberałów. A co na to antyatomowi Zieloni i SPD? W ramach koalicyjnych kompromisów przehandlowują badania nad fuzją za cenę ustępstw FDP w innych obszarach. Publicznie politycy tych partii twierdzą, że to ważna, perspektywiczna technologia, ale przez długi horyzont czasowy nieprzydatna w kontekście obecnie realizowanej transformacji.

Dziękuję za rozmowę.

Reklama

Komentarze

    Reklama