Reklama

Analizy i komentarze

Którego gazu zabraknie? Nie cena, a dostępność będzie problemem tej zimy [KOMENTARZ]

Autor. Canva

Zimą nie będzie gazu – to mantra powtarzana od miesięcy przez media i trafiająca w społeczne lęki. Z drugiej strony, krążące w domenie publicznej raporty i analizy od histerycznych, po rozsądne raporty instytucji bankowych sprawiają, że każdy wyczytuje sobie z nich to, co chce.

Reklama

Zobaczmy więc, skąd i ile mamy gazu po wstrzymaniu importu ze Wschodu i którego elementu może w zimowej gazowej układance zabraknąć.

Reklama

Surowca nie zabraknie

Zacznijmy o realnego zapotrzebowania na gaz. W rekordowym 2021 roku zużyliśmy 20 mld m3, natomiast już w bieżącym roku zapotrzebowanie istotnie spadło i prawdopodobnie nie przekroczy 18 mld m3. Paradoksalnie w ten sposób już wypełniliśmy postulowany przez UE limit zmniejszenia zużycia o 15%. Wynik ten ma jedną przyczynę – mianowicie ceny surowca. W czasie pandemii, kiedy ceny surowców energetycznych były niskie, za to wysokie były ceny uprawnień do emisji CO2, opłacało się zastępować węgiel gazem wszędzie, gdzie było to możliwe. Dodatkowo, przy perspektywie spadku cen na krajowym rynku z powodu zastępowania kontraktu jamalskiego gazem z Baltic Pipe i prognozowanym spadkiem cen, szybka transformacja w kierunku gazu wydawała się optymalna. Zmienił to kryzys energetyczny, rozpoczęty we wrześniu ub. roku rzez Rosjan (dziś wiemy, że był to początek przygotowań do wojny hybrydowej z Zachodem, a militarnej z Ukrainą), kiedy to Rosjanie przestali realizować kontakty spotowe, pozostawiając póki co terminowe, co spowodowało eksplozje cen gazu na światowych rynkach. Tym niemniej trzeba odróżniać dwa rodzaje kryzysu: fizyczny brak gazu – który zagraża nam w niewielkim stopniu – od jego zaporowej ceny, zupełnie już realnej.

Reklama

Czy więc będzie gaz? Nasze zapotrzebowanie zaspokajane może być z pięciu źródeł. To wydobycie krajowe, gaz skroplony z morza (LNG), magazyny podziemne, Baltic Pipe oraz zakup gazu na rynkach poprzez rewers gazociągu jamalskiego (czyli tłoczenie z Niemiec gazu zakupionego tamże) oraz interkonektory, czyli połączenia z wszystkimi sąsiednimi krajami, przez które możemy sprzedawać bądź kupować gaz.

Polski gaz z pięciu źródeł

Co mamy? Na pewno źródłem niezagrożonym jest krajowe wydobycie, a jest ono niebagatelne, bowiem wynosi 20-25% zużycia, co oznacza 4-5 mld m3 gazu rocznie. Następnym bezpiecznym źródłem jest gaz LNG z morza: 6,2 mld m3 gazu poprzez gazoport w Świnoujściu (w 2023 roku po rozbudowie będzie do już 7,5 mld m3) i dodatkowo 2-3 mld m3 z Kłajpedy, której jedynym użytkownikiem jest PGNiG, dają już swego rodzaju masę krytyczną surowca dla krajowej gospodarki. PGNiG dysponuje zdywersyfikowanym portfelem pozyskania gazu skroplonego. Spółka posiada kontrakty długoterminowe o łącznym wolumenie 12 mld m3 po regazyfikacji, podpisane z dostawcami z Kataru i USA. Z tego 7,4 mld m3 zostało zakontraktowane w formule free on board, co oznacza, że PGNiG samo decyduje o porcie przeznaczenia ładunku.

Kolejnym elementem jest Baltic Pipe, który miał w całości zastąpić gazociąg jamalski i w perspektywie jest w stanie to zrobić, pompując ponad 10 mld m3 do Polski. Tym niemniej wszystko wskazuje na to, że w IV kwartale rurociąg ten będzie działał nie na 100% mocy, ale na 30-38%, pompując gaz zarówno z własnego wydobycia (złoża PGNiG i dawnego Lotosu), jak i z kontaktów.

Skąd więc panika? Generalnie cały plan odcinania się od rosyjskiego zapatrzenia oparty był na założeniu, że do końca tego roku obowiązuje kontakt jamalski, dostarczający nam 10 mld m3, za które i tak musimy zapłacić. Dlatego dość racjonalna była strategia niekontraktowania od razu pełnej mocy Baltic Pipe, żeby nie wpaść w nadmiar surowca. Zerwanie przez Rosję kontraktu jamalskiego i brak dostaw z tego źródła zlikwidowało scenariusz powolnego, stopniowego przełączania się w ostatnim kwartale tego roku i spowodowało, że brakujący gaz dokupujemy na rynkach światowych, m.in. jest to gaz tłoczony do Niemiec przez Nord Stream 1. I to właśnie jest gaz, którego może teoretycznie zabraknąć, gdyby Rosja całkowicie odcięła Europę od jakichkolwiek dostaw. Wtedy dokupywanie brakującego wolumenu na wolnym rynku, jak to teraz ma miejsce, byłoby faktycznie problematyczne.

Trzeba tez wspomnieć o magazynach. Oczywiście z pojemnością 3 mld m3 są one relatywnie niewielkie, za to wypełnione w 100%. Tym niemniej nie mają sensu wyliczenia „na ile nam to wystarczy". To nie działa tak, że nagle cała Polska zaczyna funkcjonować wyłącznie na gazie z zapasów, który kończy się po 2-3 miesiącach, jak straszyli autorzy niektórych analiz. Magazyny mają za zadanie wyrównywać braki w systemie i po powrocie zaopatrzenia mogą być z powrotem napełniane, jak miało to miejsce na początku września, kiedy to napełnienie spadło ze 100% na 95%, wywołując panikę, po czym zostało błyskawicznie z powrotem uzupełnione do 100%. Tak więc realnie problem dotyczy ok. 15% naszego zużycia, a zdaniem większości analityków jesteśmy w stanie albo doraźnie uzupełniać tę lukę zakupami, albo po prostu zaoszczędzić przy relatywnie niewielkich kosztach dla gospodarki. Oczywiście inną kwestią jest cena – i tutaj mamy do czynienia nie tylko z czynnikami rynkowymi, ale także z w pełni świadomą polityką Rosji, która w ten sposób chce zamrozić Europę. Z drugiej strony, według Standard Chartered, rynek gazu reagował na rosyjskie działania propagandowe i zatrzymanie Nord Stream 1 nieproporcjonalnie; w efekcie poziom wahań cen powinien się wypłaszczać. Tym niemniej tanio nie będzie i to właśnie cena, a nie fizyczna dostępność gazu, będzie realnym problemem tej zimy.

Dr Dawid Piekarz, Wiceprezes Instytutu Staszica

Reklama

Komentarze (1)

  1. rmarcin555

    Ale nie ma podpisanych kontraktów na gaz, bo gazu w Norwegii, takiego dostępnego nie ma.

Reklama