Ekomaskirowka Berlina, czyli propaganda w służbie niemieckiej Energiewende [ANALIZA]

11 lipca 2019, 13:54
merkel-1882206_640
Fot. Pixabay
Energetyka24
Energetyka24

DOTYCZY:


Niemcy – największy globalny konsument węgla brunatnego, największy europejski emitent dwutlenku węgla, państwo ociągające się z dekarbonizacją i walczące z praktycznie bezemisyjną energetyką jądrową – zdołały przekonać świat, że są „zielone”. Udało się to głównie dzięki wyśmienitej propagandzie. Oto trzy przykłady jej działania, zaczerpnięte prosto z książki Jakuba Wiecha „Energiewende. Nowe niemieckie imperium”.

Niemiecka transformacja energetyczna – Energiewende – uchodzi za nowoczesną drogę do ratowania klimatu i „zielonych” przemian gospodarczych. Tak brzmi oficjalna wersja, budowana przez lata wysiłkiem kolejnych ekip sprawujących władzę w Berlinie. Jednakże dokładniejsza analiza Energiewende pokazuje, że jej wizerunek to w przeważającej mierze dzieło propagandy. Realny kształt niemieckiej transformacji znacząco odbiega bowiem od jej obiegowej opinii.

„Niemcy się dekarbonizują”

Wizja Niemiec jako kraju, który skutecznie odchodzi od węgla jest szczególnie szeroko rozpowszechniona przez propagandę Energiewende. Pewne jej odpryski widać nawet w wypowiedziach polskich polityków – kilka dni temu poseł Adam Szejnfeld wrzucił na swojego Twittera film, w którym zachwalał niemiecką transformację energetyczną opartą na źródłach odnawialnych, twierdząc jednocześnie, że Polska będzie wkrótce ostatnim krajem spalającym węgiel.

Na razie Polacy nie muszą obawiać się samotności, bo w procederze tym jeszcze przez długie lata będą im towarzyszyć Niemcy.

W grudniu ubiegłego roku światowe media obiegły zdjęcia z uroczystej ceremonii zakończenia wydobycia w ostatniej niemieckiej kopalni węgla kamiennego. Wydarzenie to zaowocowało szeregiem nagłówków (m.in. w polskiej edycji portalu Deutsche Welle) głoszących, że w RFN „końca dobiegła era węgla”. Takie stwierdzenie jest biegunowo odległe od prawdy – w Niemczech kończyło się jedynie wydobycie tego surowca, przemysł i energetyka przestawiały się na paliwo z importu. Dla środowiska decyzja o zamknięciu kopalń pozostała praktycznie bez znaczenia – węgiel kamienny będzie spalany w niemieckich piecach jeszcze długo.

Jak długo? Dobre pytanie. Choć tzw. komisja dekarbonizacyjna, która działała w RFN od czerwca 2018 do stycznia 2019 roku ustaliła, że Niemcy wyjdą z węgla najpóźniej za 19 lat, to jednak dane dotyczące zużycia tego surowca u zachodniego sąsiada Polski nie przystają do tych planów - sytuacja wygląda szczególnie nieciekawie w przypadku węgla brunatnego.

Wystarczy jeden rzut oka na wykresy dotyczące ilości wyprodukowanej w RFN energii elektrycznej, by zorientować się, że Niemcy wytwarzają z węgla brunatnego praktycznie tyle samo energii, ile wytwarzali w 1992 roku. Przez prawie 30 lat Berlin nie zrobił nic, by ograniczyć podaż energii z tego wysoce emisyjnego surowca, którego RFN jest największym światowym konsumentem. Nad Łabą spala się ok. trzy razy więcej tego paliwa niż w Polsce.

Co więcej, jak wynika z projektu niemieckiego planu na rzecz energii i klimatu (który powstał przed zakończeniem prac przez komisję dekarbonizacyjną), RFN zamierza spalać węgiel jeszcze co najmniej do 2050 roku. Z tego samego dokumentu wynika, że w Niemczech w roku 2040, a więc dwa lata po teoretycznym dekarbonizacyjnym deadlinie, z węgla będzie się generować więcej energii elektrycznej niż obecnie w Polsce.

Jednakże dzięki tworzeniu odpowiedniej otoczki medialnej, Niemcom udało się przekonać świat, że od węgla skutecznie odchodzą (albo może już odeszły). 

„Energiewende ma na celu ratowanie klimatu”

Ocalenie Ziemi od katastrofy klimatycznej to cel przyświecający wszystkim „zielonym” transformacjom energetycznym, zmierzającym m.in. do porzucenia wytwarzania energii z paliw kopalnych. Nie inaczej jest w przypadku Energiewende. Jednakże niemiecki model transformacji zakłada równoczesne odejście od energetyki jądrowej, która jest jedynym dużym, skalowalnym i praktycznie bezemisyjnym źródłem energii.

Postulaty polityki energetycznej Niemiec stoją w sprzeczności z ustaleniami Międzyrządowego Panelu ds. Zmian Klimatu, który stwierdził w swym raporcie, że energetyka jądrowa jest potrzebna do zahamowania globalnych wzrostów średniej temperatury.

Tymczasem, Berlin chce nie tylko zamknąć własne jednostki jądrowe (ma to nastąpić już w 2022 roku), ale też przeciwdziałać finansowaniu budowy podobnych elektrowni z funduszy Unii Europejskiej (co zapisane jest w umowie koalicyjnej CDU/CSU-SPD).

Warto podkreślić, że pozbawiony energetyki jądrowej profil systemu elektroenergetycznego promowany przez RFN, złożony z odnawialnych źródeł energii wspieranych gazem, nie należy do najbezpieczniejszych. Przekonali się o tym sami Niemcy kilka tygodni temu - w czerwcu bieżącego roku niemiecki system elektroenergetyczny trzykrotnie otarł się o tzw. blackout, czyli rozległy, poważny zanik zasilania. Konieczne były ogromne ratunkowe importy energii zza granicy.

Innym zagrożeniem tworzonym przez niemiecki profil systemu jest generacja tzw. przepływów kołowych, które stwarzają niebezpieczeństwo dla krajów sąsiadujących, m.in. Polski.

Trzeba zauważyć, że na wspieranie źródeł odnawialnych Niemcy do 2022 roku wydadzą 680 miliardów euro (tak powiedział minister gospodarki RFN Peter Altmaier), wyciągniętych z kieszeni obywateli w postaci tzw. EEG Umlage, czyli specjalnej opłaty zawartej w niemieckich rachunkach za prąd dla odbiorców indywidualnych. Za tę kwotę Niemcy mogłyby wybudować dostatecznie dużo elektrowni jądrowych, by zasilać się w pełni czystą i bezpieczną energią.

Ale promowanie wychodzenia z atomu ma dla Berlina ukryty cel polityczny - wygaszanie bloków jądrowych w Europie (zwłaszcza w jej środkowej i wschodniej części) zwiększy popyt na gaz, którego Niemcy będą mieli pod dostatkiem dzięki dwóm gazociągom Nord Stream. RFN już teraz eksportuje rocznie ok. 30 mld metrów sześciennych błękitnego paliwa.

„Nord Stream 2 jest apolityczny potrzebny dla bezpieczeństwa energetycznego Europy”

Zapewnienia dotyczące apolityczności i niezbędności Nord Stream 2 dla bezpieczeństwa energetycznego Europy są notorycznie powtarzane przez Niemców i Rosjan. Nie mają one jednak pokrycia w faktach.

Dowodem na pozaekonomiczny sens budowy podbałtyckich gazociągów jest przede wszystkim to, że obecnie istniejąca lądowa infrastruktura przesyłowa jest wykorzystywana maksymalnie w 70%. Po co zatem inwestować potężne środki w nowe rury, które w dodatku trzeba kłaść na dnie morza, gdy istniejąca infrastruktura daje jeszcze możliwość zwiększenia przesyłu? polityczność Nord Stream 1 i Nord Stream 2 jest widoczna i bez analiz technicznych. Wystarczy spojrzeć na mapę, by dostrzec, jaką korzyść odnosi rosyjska polityka dzięki budowie tych połączeń. Chodzi mianowicie o ominięcie tradycyjnych krajów tranzytowych (przede wszystkim zaś: Ukrainy, z którą Rosja jest w stanie faktycznej wojny).

W tym momencie podkreślić należy, że Niemcy dopięły z Rosjanami deal na Nord Stream 2 pomimo wywołanej przez Rosję wojny na wschodzie Ukrainy, Anschlussu Krymu, zestrzelenia samolotu MH17, próby otrucia Skripala czy incydentu w pobliżu Cieśniny Kerczeńskiej – o ślepocie Berlina na te wydarzenia wspomnieli dobitnie ambasadorowie USA w swym liście do niemieckich władz.

Polityczną stronę projektu pokazuje też raport opublikowany przez bank inwestycyjny Sberbank CIB. W dokumencie tym przeczytać można, że kluczowe projekty gazowe, którymi Gazprom chce opleść Europę (Nord Stream 2 i Turkish Stream) zwrócą się dopiero na przestrzeni kilkudziesięciu lat, przecząc tym samym logice biznesowej. Oznacza to, że Rosja, angażując się w ten projekt, szuka innego rodzaju zysków. Chodzi oczywiście o korzyści polityczne, polegające m.in. na możliwości wywierania wpływu gospodarczego na kraje uzależniające się od dostaw błękitnego paliwa realizowanych przez Niemcy.

Co więcej, uruchomienie gazociągu Nord Stream 2 sprawi, że Rosja, która już teraz jest największym dostawcą gazu do Unii Europejskiej, jeszcze bardziej umocni swoją dominację na tym polu, umożliwiając tworzenie lub kontynuowanie lokalnych monopoli. Stoi to w sprzeczności z postulatami polityki energetycznej UE, które zakładają m.in. dywersyfikację dostaw surowców energetycznych.

Dlaczego zatem Berlin tak ochoczo wspiera Rosję w realizacji projektu drugiego podbałtyckiego połączenia? Wynika to z niemieckiej chęci zbudowania własnej pozycji gospodarczej i politycznej dzięki sile rosyjskich surowców. Centrale położenie RFN na europejskiej mapie predestynuje ten kraj do roli centralnego hubu dystrybucyjnego. Pozycja ta jest wzmocniona dzięki dobrze rozwiniętej niemieckiej infrastrukturze przesyłowej, czyli przede wszystkim sprawnymi interkonektorami. To wszystko sprawia, że Niemcy są w stanie zaprzęgnąć rosyjski gaz do budowy własnej pozycji politycznej i gospodarczej – surowiec ten trafia do nich bowiem bez żadnych pośredników i w ogromnych ilościach. W dodatku, dobre relacje z Rosją sprawiają, że Berlin płaci za błękitne paliwo bardzo atrakcyjną cenę (niższą niż m.in. Polska, która jest przecież geograficznie bliższa Rosji). RFN trzyma zatem rękę na kurkach z gazem, ma wpływ na jego ceny, może na nim zarabiać.

Biorąc powyższe pod uwagę, widać wyraźnie, że Energiewende nie jest proekologiczną transformacją energetyczną, a jedynie pomalowanym zieloną farbą kompleksowym planem budowy nowych politycznych i gospodarczych wpływów Berlina w Europie.

Powyższy artykuł został napisany w oparciu o fragmenty książki Jakuba Wiecha „Energiewende. Nowe niemieckie imperium”. Książka dostępna jest w przedsprzedaży w sklepie internetowym Defence24.

Energetyka24
Energetyka24
KomentarzeLiczba komentarzy: 34
Ja
piątek, 12 lipca 2019, 15:35

Zaangażowany artykuł , złe Niemcy , złe. Czekam ze zniecierpliwieniem na inne artykuły np : o słuszności wycinki puszczy Białowieskiej lub o szkodliwości wiatraków w zatoce Gdańskiej

rED
sobota, 13 lipca 2019, 10:36

Czyli palenie brunatnym węglem jest OK bo robią to Niemcy? Brawo.

P22
sobota, 13 lipca 2019, 21:27

Palenie węglem brunatnym jest bardzo nie OK. Niemcy w ciągu 20 lat lat zamkną wszystkie elektrownie węglowe. Bardzo chciałbym, żeby tak samo "propagandowe" działania podjął wreszcie rząd Polski.

Boczek
piątek, 12 lipca 2019, 14:14

Kompletna nieznajomość tematu. Fatalna dezinformacja niebezpieczna dla Polskiej polityki. 1. Porównywanie liczb bezwzględnych nie ma najmniejszego sensu. Niemcy w przeliczeniu na głowę mieszkańca mają podobną emisję CO2 do Polski i w Europie leżą przed. Luksemburgiem, Estonią, Rosją Czechami i Holandią. ### 2. Uwzględniając fakt że ich gospodarka jest 7-8 razy większą wygląda to już inaczej i my lądujemy w odniesieniu do PKB na jednym z ostatnich miejsc na świecie (!) - ca. razem z USA. 3. Jeszcze gorzej wypadnie to, gdy uwzględnimy, że po Fukushimie 1/2 niemieckich nuklearnych została zdjęta z sieci i zostały one sukcesywnie zastąpione OZE, tak że emisja Niemiec w dym czasie pozostała na +/- tym samym poziomie. ### 4. Rozbudowa OZE postępuje w Niemczech nadal i jej udział będzie miał ciągły wpływ na redukcję CO2 podczas kiedy u nas OZE zablokowano. ### Należy się dobrze zastanowić przed publikacją takich nieścisłości, bowiem polskim politykom brak jakiejkolwiek wiedzy na ten temat i zostaną takimi publikacjami wpuszczeni na lód. NSII jeżeli chcieliśmy zablokować ten gazociąg należało pobierać absolutnie temu przeciwnego Webera. Tak że pretensje miejmy do samych siebie.

Zzz
sobota, 13 lipca 2019, 17:18

Ble ble ble. Na obecną chwilę to Niemcy ,,zamykają" ciągle pierwszy jeden najstarszy blok atomowy. Reszta działa i jeszcze długo będzie działała.

Fanklub Daviena
piątek, 12 lipca 2019, 20:24

Niemcy w przeliczeniu na głowę mają 4x większe limity emisji niż Polska. Czesi mają 3x większe limity niż Polska.

Andrettoni
piątek, 12 lipca 2019, 13:38

Ktoś mi powie jaki jest sens rezygnacji z węgla kamiennego podczas gdy używamy węgla brunatnego? Inna sprawa - dlaczego węgiel kamienny jest tak bardzo szkodliwy, a gaz ziemny taki dobry? Oczywiście, ktoś mi powie, produkty spalania, ale wiecie ile gazu ulatnia się do atmosfery w trakcie transportu oraz przechowywania? Kolejna sprawa - spalanie paliw kopalnych zwiększa ilość CO2 w atmosferze. Tylko skąd mamy te paliwa kopalne, np. węgiel? Ano z roślin... czyli nie chodzi o wprowadzanie CO2 do atmosfery bo CO2 już tam było tylko o zwiększenie masy roślin na świecie, które by te CO2 wiązały. Krótko mówiąc trzeba zalesiać oraz odzyskiwać zniszczone grunty, np. przez wykorzystanie wody morskiej i słonolubnych roślin. Obecna ekologia polega na rozpowszechnianiu przez koncerny wątpliwej wiedzy wśród młodych ludzi, tak, żeby ci ludzie skłaniali rządy do decyzji zgodnej z wolą koncernów.

P22
sobota, 13 lipca 2019, 22:21

CO2 z węgla oczywiście kiedyś już było w atmosferze, ale było z niej wychwytywane na przestrzeni milionów lat - a teraz my cały ten węgiel wykopujemy i spalamy w ciągu 200 lat. Tego nie jest w stanie zrekompensować żadne naturalne pochłanianie. Gdybyśmy "magicznie" zalesili całą powierzchnię Polski (całą - wszystkie pola, miasta, drogi itd), to zrekompensowałoby to tylko 1/4 obecnych emisji polskiej gospodarki. Jedna elektrownia Bełchatów emituje więcej, niż pochłaniają wszystkie istniejące lasy w Polsce (30% powierzchni Polski). Nie ma innej drogi niż dekarbonizacja gospodarki (a owszem, to będzie trudna i kosztowna droga).

Mniej niż 10 sekund
sobota, 13 lipca 2019, 22:19

Bardzo chciałbym się od ciebie dowiedzieć, ile gazu ulatnia się do atmosfery w trakcie transportu i przechowywania. Bardzo. Generalnie widać mocno, że o emisjach CO2 masz blade pojęcie.

ehm
sobota, 13 lipca 2019, 14:19

Że niby... z gazu powstaje mniej CO2. A CO2 to zło, bo powoduje globalne ocieplenie a nawet oziębienie.

Andy
czwartek, 11 lipca 2019, 17:45

Mocno wykrzywiony obraz przemian w Niemieckiej energetyce. Produkcja z zrodel odnawialnych powiekrzyla sie wielokrotnie i osiagnela oplacalnosc bez dotacji .Polityka anty atomowa powoduje jednak ze nadal potrzeba wegla i gazu.Niemcy wystraszyli sie konsekwencji awarii reaktora jadrowego po katastrofach na ukrainie i japonii i w szybkim tepie odchodza od tej technologii a szkoda bo mogliby rozwijac te strone energetyki.

wza
piątek, 12 lipca 2019, 17:13

Widział Pan niemiecką farmę fotowoltaiczną, albo jak to nazwać? Hektary baterii słonecznych w szczerym polu, ziemia przykryta czarną folią, żeby nic nie rosło (nie trzeba kosić, przecież koszenie to koszt). Faktycznie zielona energia. A przy trochę większym deszczu zbocze osuwa się. Obserwacja poczyniona kilka lat temu podczas podróży pociągiem przez południowe Niemcy.

jhkghfjhg
piątek, 12 lipca 2019, 13:54

Ten obraz nie jest wykrzywiony, ale stanowi część prawdy. Oczywiście rozwój źródeł odnawialnych w Niemczech, także postępuje. Jednym z niemieckich pomysłów jest mix źródła odnawialne + gaz. Ściemka polega na tym, że globalne ocieplenie jako skutek emisji CO2 nie jest udowodnione naukowo, a sporo naukowców ma co do tego uzasadnione wątpliwości, jednak zamiast dyskusji naukowej spotykają się oni z linczami prasowymi. Ktoś taką percepcję rzeczywistości lansuje, pytanie kto, Niemcy są mimo wszystko zbyt słabe, aby samodzielnie wylansować taką koncepcję na cały świat.

Jan N.
piątek, 12 lipca 2019, 12:09

@ andy ...."produkcja z zrodel odnawialnych powiekrzyla sie wielokrotnie i osiagnela oplacalnosc bez dotacji" - bajki piszesz - to bzdura - ta odnawialna energia może być uzupełnieniem, i to w sprzyjających okolicznościach właśnie związanych z dotowaniem. Nie ma absolutnie mowy o opłacalności ekonomicznej...

Fakt faktem
piątek, 12 lipca 2019, 09:53

A to my niby jesteśmy trucicielami, których należy przywołać do porządku.

MK
czwartek, 11 lipca 2019, 16:48

Fajnie, że na podstawie książki, ale kto to napisał.

Reklama
Tweets Energetyka24