Smog śmierci w Londynie zebrał tragiczne żniwo

6 grudnia 2018, 15:08
street-lamp-2059719_1920
Fot. Pixabay

Ponad 10 tysięcy osób zmarło, a 20 razy więcej wymagało leczenia – takie efekty przyniósł smog, który zawisł nad Londynem na początku grudnia 1952 roku. Zjawisko to do dziś uchodzi za najtragiczniejszy przykład wpływu zanieczyszczeń powietrza na ludzi.

Cichy seryjny zabójca

Wczesnym rankiem 5 grudnia 1952 roku Londyn zaczął umierać. Służby medyczne zanotowały ponadnormatywny wzrost zgonów, zwłaszcza u ludzi bardzo młodych i starszych. Przyczyną tych śmierci były przede wszystkim problemy z drogami oddechowymi. Zwiększona umieralność utrzymywała się do 9 grudnia. Niemniej, pomimo wyraźnego skoku liczby zgonów, w stolicy Wielkiej Brytanii nie odnotowano żadnych przypadków paniki. Londyn umierał w ciszy, szczelnie otulony czymś, co jego mieszkańcy brali za gęstą mgłę. Jednakże, w londyńskim powietrzu wisiało coś znacznie gorszego.

W rzeczywistości bowiem, mieszkańcy brytyjskiej stolicy oddychali silnie toksyczną mieszaniną powietrza i związków siarki, która niszczyła ich płuca, skazując jednocześnie na śmierć.

Smog – geneza

Skąd wzięła się trująca chmura nad Londynem? Jej powstanie wynikało z jednoczesnego wystąpienia kilku czynników.

Na przełomie listopada i grudnia 1952 roku na południu Wysp Brytyjskich utrzymywały się dość niskie temperatury. Skłoniło to mieszkańców angielskiej stolicy do spalania większych ilości opału – przede wszystkim słabej jakości węgla. Londyńczycy dysponowali głównie wysoce zasiarczonym surowcem, gdyż węgiel lepszej jakości szedł na eksport. Warto zaznaczyć, że miasto to od stuleci miało problemy z odpowiednią wentylacją – londyński smog to zjawisko znane już od XIV wieku.

Swoje śmiertelne trzy grosze dołożyły do tego działające w pobliżu Londynu elektrownie węglowe (m.in. w Fullham, Battersea i Greenwich). Jednostki te – w odróżnieniu od obecnie działających – miały nieskuteczne systemy oczyszczające, przez co do powietrza dostawały się szkodliwe związki siarki.

Dodatkowym emitentem szkodliwych substancji był też miejski transport, który składał się przede wszystkim z taboru autobusów napędzanych silnikami diesla. Po Londynie poruszały się również węglowe lokomotywy.

Podwyższona emisyjność nałożyła się na odpowiednie warunki pogodowe. 4 grudnia 1952 roku nad Londynem pojawił się układ wyżowy, niosący ze sobą wyjątkowo gęstą mgłę (która z czasem, w miarę łączenia się z zanieczyszczeniami stała się smogiem) i brak wiatru.

Londyńska pułapka

Rankiem 5 grudnia Londyn zaczął odczuwać pierwsze skutki trującej chmury, jaka nad nim zawisła. Widoczność na ulicach spadła do kilku metrów, co wyłączyło z użycia cały naziemny transport publiczny (działało jedynie metro). Zwiększyło to ekspozycję mieszkańców na zanieczyszczenia. Dodatkowo, gęsta mgła unieruchomiła ambulanse. Osoby dotknięte problemami zdrowotnymi musiały teraz same dotrzeć do lekarzy.

Smog nie ustawał aż do 9 grudnia. Trująca chmura dostawała się wtedy także do wnętrz większych budynków. W tym czasie odwołano seanse filmowe, przedstawienia teatralne i zawody sportowe. Pociągi kursujące w mieście wyposażono w sygnały dźwiękowe, przypominające wystrzały z broni palnej.

W tym samym czasie szpitale i przychodnie odnotowały wzrost liczby przypadków problemów z oddychaniem.

Pomimo tego nie zanotowano oznak paniki wśród ludności.

Tragiczne żniwo

W trakcie wiszenia trującej chmury nad Londynem i w następnych tygodniach grudnia 1952 roku i stycznia roku następnego, brytyjskie służby medyczne odnotowały 4000 zgonów spowodowanych bezpośrednio wdychaniem szkodliwych substancji. W lutym 1953 roku liczbę ofiar szacowano już na 6000. Współczesne szacunki wskazują, że w wyniku Wielkiego Smogu Londyńskiego zmarło 10-12 tysięcy osób, a około 200 tysięcy wymagało leczenia.

Tragiczny bilans zanieczyszczenia powietrza skłonił brytyjskie władze do zajęcia się tym problemem. Zaowocowało to m.in. pakietem Clean Air Acts wprowadzonym w 1956 roku. Jednakże, wysiłki te były niewystarczające – dokładnie 10 lat później, w grudniu 1962 roku, Londyn znowu znalazł się w kleszczach trującego smogu, który jednak okazał się być mniej groźnym dla mieszkańców miasta.

KomentarzeLiczba komentarzy: 3
mobilis in mobili
niedziela, 9 grudnia 2018, 15:10

Obawiam się że aby coś się u nas radykalnie zmieniło "w tym temacie" potrzeba jakiegoś szokowego zdarzenia może nie na skalę Londynu ale Donory...Donora to niewielkie miasto opodal Pittsburgha w Pensylwanii (USA) niegdyś ośrodek przemysłu metalurgicznego.W pażdzierniku 1948 roku nietypowe warunki meteo spowodowały tam powstanie inwersyjnych warstw powietrza które przygniotły do ziemi wyziewy z zakładów US STELL CORPOROTIAN zamykając miasto w pułapce dwutlenku siarki i fluorowodorów.Wystarczyło kilka dni aby prawie połowa mieszkańców zachorowała a 20 osób zmarło. (na 15000 zamieszkałych ogółem).Ta katastrofa zainspirowała kongres do prac nad Clear Air Act która to ustawa weszła w życie w 1963 roku i obowiązuje-z poprawkami-do dzisiaj...US STEEL został zmuszony do wypłacenia wysokich odszkodowań dla mieszkańców Donory.

Dog
piątek, 7 grudnia 2018, 01:39

Czemu o Polsce nie napiszą ze najgorsze powietrze w europie ze skala dopuszczalna przekracza 50 razy ze polska ludność umiera rocznie 90% przez smog

Tomasz Jedoń
czwartek, 6 grudnia 2018, 16:41

Czy ta historia czegoś nauczy nasze władze? Czy oni ją w ogóle znają?