Nord Stream 2: porażka Trumpa szansą na nowe sankcje? [KOMENTARZ]

10 stycznia 2019, 10:50
Zrzut ekranu 2019-01-10 o 10.49.38
Fot.: Twitter/RealDonaldTrump

Niemiecki dziennik Handelsblatt poinformował o zamiarach administracji prezydenta Donalda Trumpa dotyczących „punktowych” sankcji, które umożliwiłyby sparaliżowanie projektu Nord Stream 2. Tego typu informację wlewają w serca polskich polityków i dziennikarzy kolejne nadzieje na to, że spór o ten kontrowersyjny gazociąg zakończy się spektakularnym zwycięstwem naszej dyplomacji. Czy to nadzieje płonne?

Aby zrozumieć metodę działania Stanów Zjednoczonych należy zwrócić uwagę na zeszłoroczne sankcje wobec Iranu. 5 listopada w życie weszła ostatnia transza przywróconych sankcji na kraj Ajatollahów, które Amerykanie nałożyli wraz z decyzją prezydenta USA o wycofaniu się z Porozumienia Nuklearnego (JCPoA). Były to tak zwane „sankcje wtórne”, czyli, jak określa to ambasador USA w Niemczech Richard Grenell, „sankcje, których bezpośrednim celem nie jest nieprzyjaciel, ale państwa, firmy i osoby, które są zbyt przyjazne wobec nieprzyjaciela”. Innymi słowy, celem antyirańskich sankcji były wszelkie jednostki, które współpracują z Iranem. To w oczywisty sposób uderzało we wiele firm europejskich, w tym także polskie firmy energetyczne, które importowały gaz i ropę od Persów.

Dla Unii Europejskiej, która, także będąc stroną porozumienia, nie zgadzała się z decyzją Trumpa, była to szansa do testu swych ekonomicznych i politycznych sił w zmaganiach z Wielkim Bratem zza Oceanu, bo trzeba pamiętać, że największym zwolennikom europejskiej wspólnoty marzy się konkurowanie jak równy z równym z USA. Zaraz więc po przemówieniu prezydenta w Sali Przyjęć Dyplomatycznych Białego Domu unijni biurokraci ogłosili, że nie tylko ochronią swoje przedsiębiorstwa przed amerykańskimi sankcjami, ale także wprowadzą prawo karzące biznes za przestrzeganie amerykańskich wytycznych. Poważnym znakiem ostrzegawczym dla UE w tym zakresie powinna być reakcja Rosji, która na przemówienie Frederici Mogherini na forum ONZ zareagowała z zachwytem, deklarując, ustami Wladimira Yermakowa z kremlowskiego MSZ: „Wszystko co pani Mogherini powiedziała jest niezwykle obiecujące”. 

Dzisiaj, 2 miesiące później, efekty widoczne są gołym okiem – największe europejskie korporacje (Total, Maersk, Allianz, Daimler, Siemens, Bayer i wiele innych) podporządkowały się amerykańskim sankcjom, nawet system komunikacji międzybankowej „SWIFT” z siedzibą w Brukseli zrobił to samo. Unijna legislacja dotycząca transakcji jest przedmiotem wewnętrznych sporów, a alternatywny mechanizm płatności, konieczny do obejścia amerykańskich sankcji, ma problemy ze znalezieniem siedziby, ponieważ państwa członkowskie UE obawiają się… konsekwencji ze strony USA. Według najnowszych informacji, system ten może znaleźć siedzibę w Niemczech lub we Francji, jednak ostatecznie ma on służyć wyłącznie w celu transakcji humanitarnych wyłączonych z amerykańskich sankcji. 

Krótko mówiąc, w tej próbie sił supermocarstwo Stanów Zjednoczonych wręcz zmiażdżyło aspirujące mocarstwo Unii Europejskiej.

Sugerowane przez Handelsblatt sankcje na Nord Stream 2 są podobnie zbudowane do tych przeciwko Iranowi. W praktyce, mają one objąć dwie specjalistyczne spółki, wykonujące kluczowe prace dla niemiecko-rosyjskiej inwestycji: szwajcarskie Allseas Group oraz włoskie Saipem. O ile działania Saipem na placu budowy wydają się bliskie zakończenia, o tyle prace Allseas, związane z położeniem ok. 90% rurociągu, są nie tylko strategicznie istotne dla projektu, ale też bardzo trudne do zastąpienia, co w konsekwencji mogłoby się wiązać z zablokowaniem projektu. I chociaż niemieckie władze nie ustają w przekonywaniu, że gazociąg jest projektem wyłącznie gospodarczym, tak naprawdę nikt już w to nie wierzy, a wyłomy w tym murze pokazuje nie tylko „Frankfurter Allgemeine Zeitung” swoimi ostatnimi artykułami, ale także sama kanclerz Angela Merkel, która na spotkaniu z prezydentem Ukrainy Petrem Poroszenką w zeszłym roku uznawała istnienie aspektu politycznego tej inwestycji. Także tutaj, podobnie jak w przypadku sankcji na Iran, Kreml entuzjastycznie reaguje na działania Niemiec, co uważnym obserwatorom nie powinno umknąć z pola widzenia przy okazji rozstrzygania, kto bardziej realizuje cele Moskwy w sporze między Niemcami a USA.

Pytaniem, które pozostaje otwarte, jest: „Co takiego zmieniło się od ostatnich 2 lat, co popchnęło by administrację Trumpa do zmiany frontu i uderzenia w Berlin?”. Jak się okazuje, bardzo dużo. 3 stycznia pracę rozpoczął nowy, 116. Kongres, w którym Izbą Reprezentantów, czyli niższą izbą parlamentu, rządzić będą Demokraci. To oznacza olbrzymie trudności z przeprowadzeniem jakiejkolwiek prezydenckiej, wewnętrznej inicjatywy ustawodawczej przez Kongres, mimo powiększenia większości w Senacie. Już na początku kadencji nowy Kongres musi zmierzyć się z tzw. „shutdownem”, czyli częściowym zamknięciem administracji federalnej USA, z uwagi na brak porozumienia opozycji z prezydentem (które w USA jest niezbędne do uchwalenia budżetu) ws. finansowania muru na granicy z Meksykiem, sztandarowej obietnicy wyborczej Trumpa. Końca tego konfliktu nie widać, co powoduje, że prezydent będzie próbował znaleźć aspekt swojej działalności, gdzie bez kłód pod nogi rzucanych mu przez wewnętrzną opozycję będzie mógł naznaczyć piętno swojej prezydentury, i takim aspektem jest m.in. polityka zagraniczna.

Pierwsze oznaki tego, że UE będzie pierwszym noworocznym celem prezydenta, jest decyzja o zdegradowaniu statusu tej organizacji z dotychczasowego, nadanego rzutem na taśmę w 2016 roku przez Barack Obamę „państwa” do „organizacji międzynarodowej”. Co prawda obecnie status ten lepiej odzwierciedla rzeczywistość, to jednak taki stan rzeczy utrudni ambasadorowi UE w USA Davidowi O’Sullivanowi współpracę zarówno z administracją prezydenta, jak i z innymi ambasadorami. Ponadto tę decyzję wprowadzono w życie bez poinformowania Brukseli, co także sygnalizuje napięte relacje z europejskim blokiem. Wygląda więc na to, że administracja Trumpa chce, aby, mając negocjacje handlowe w tle, pokazać europejskim politykom, kto w bezpośredniej konfrontacji politycznej i ekonomicznej jest mocniejszy. Do uzyskania tego celu dalsze drażnienie Berlina zablokowaniem Nord Stream 2 wydaje się pasować jak ulał.

Z całą pewnością, długoterminowo konflikt sojuszniczych przecież stron: USA i Unii Europejskiej, Polsce nie będzie służył. Niezależnie od naszych dobrych bilateralnych relacji, jesteśmy przecież także członkiem UE i np. korzystna umowa handlowa byłaby dla naszych przedsiębiorców i pracowników bardzo istotną sprawą. Możliwe jednak, że w ramach sporu naszych dwóch najważniejszych partnerów i politycznych problemów prezydenta USA na rodzimym podwórku, jesteśmy bliżej do uzyskania pozytywnego rozstrzygnięcia wieloletniego sporu o skrajnie niekorzystną dla nas inwestycję. 

KomentarzeLiczba komentarzy: 12
Marick
piątek, 11 stycznia 2019, 23:53

@tak...tylko Czyli uważasz że destabilizacja Ukrainy ma pozytywne skutki dla Polski poprzez napływ taniej siły roboczej ze wschodu? Szkoda że nie bierzesz pod uwagę tego że zamykamy drogę o podwyżki polskim obywatelom, bo zawsze pracodawca powie że na jego miejsce ma kilku Ukraińców i jak mu nie odpowiada to dziękuję. Skutek jest taki że ta bardziej "ambitna" część obywateli bez mrugnięcia powieki dziękuję i wyjeżdża za chlebem zagranice. I teraz powiedz, w czyim interesie jest taki stan rzeczy ? Skoro na ścianie wschodniej nie ma kogo wcielić do służb i wot bo większość wyjechała za chlebem to Twoim tokiem myślenia wcielmy Ukraińców na pewno będzie BEZPIECZNIEJ. Powiedz to teraz wszystkim korpusom w WP że zaraz na ich miejsce będzie pełno chętnych za te 2500k bronić RP. Oby takie "fantastyczne" pomysły nie przebijały się do decydentów bo będzie naprawdę źle. Pozdrawiam

wania
piątek, 11 stycznia 2019, 13:31

tak tylko... (Michał Rakowski). Wybudowanie ns2 nie ma żadnych stron dla polskiej racji stanu. Po wybudowaniu Rosja wejdzie w otwarty konflikt z Ukrainą po zmianie rządów granice zostaną zamknięte. Więc nici z imigrantów. Rosja przygotowuje się na taki scenariusz instalując w Kaliningradzie pływający gazoport i uniezależniając się od litewskiego gazociągu. Niemcy będą śpiewać jak im Rosja zagra, tak samo jak Austria.

wrfsdfsf
piątek, 11 stycznia 2019, 13:08

tak tylko... (Michał Rakowski) - Chyba się jednak mylisz, NS to z punktu widzenia Rosji, czyszczenie przedpola, a więc rzecz bardzo niekorzystna dla Polski. Niestety Niemcy, zresztą jak i wszscy inni zaangarzowani w NS. zdają sobie z tego sprawę, a jednak biorą w tym udział.

Stary Grzyb
piątek, 11 stycznia 2019, 12:48

"Dzisiaj, 2 miesiące później, efekty widoczne są gołym okiem – największe europejskie korporacje (Total, Maersk, Allianz, Daimler, Siemens, Bayer i wiele innych) podporządkowały się amerykańskim sankcjom, nawet system komunikacji międzybankowej „SWIFT” z siedzibą w Brukseli zrobił to samo. Unijna legislacja dotycząca transakcji jest przedmiotem wewnętrznych sporów, a alternatywny mechanizm płatności, konieczny do obejścia amerykańskich sankcji, ma problemy ze znalezieniem siedziby, ponieważ państwa członkowskie UE obawiają się… konsekwencji ze strony USA. Według najnowszych informacji, system ten może znaleźć siedzibę w Niemczech lub we Francji, jednak ostatecznie ma on służyć wyłącznie w celu transakcji humanitarnych wyłączonych z amerykańskich sankcji. Krótko mówiąc, w tej próbie sił supermocarstwo Stanów Zjednoczonych wręcz zmiażdżyło aspirujące mocarstwo Unii Europejskiej." No tak, to rzeczywiście porażka Trumpa. A kolejną porażką Trumpa będzie, jeśli uwali Nord Stream 2 tuż przed jego fizycznym ukończeniem, bo wtedy inwestorzy zostaną z pełnią poniesionych kosztów i koniecznością spłaty całości kredytów (co będzie również doskonałą nauczką na przyszłość dla potencjalnych innych zwolenników "partnerstwa z Rosją"), zaś odszkodowanie od USA zobaczą tak, jak swoje własne uszy bez lustra. Takich porażek prezydentowi Trumpowi należy życzyć jak najwięcej :)

dim
piątek, 11 stycznia 2019, 09:22

@tak tylko... - Rusini w Polsce to nie efekt "dobrych" zarobków, zwłaszcza że wobec ludzi pracujących znacznie poniżej swych kwalifikacji. Raczej zjawisko niedocenienia przez państwa Zachodu wysokiej jakości i motywacji tej młodzieży. Plus jeszcze pobór wojskowy na absurdalną w ich oczach bratobójczo-sąsiedzką wojnę. Plus traktowanie poborowych gorsze, niż było bolszewickie. Gdyż np. to ich rodzice musieli płacić za kamizelki ochronne, chełmy i obuwie, przy tym na front kierowano ludzi niemal kompletnie nieprzeszkolonych. Ale to wszystko minie i nawet szybko. I po Rusinach w Polsce pozostanie głównie wspomnienie. Zupełnie jak dziś w Grecji, po bardzo lubianych tu Polakach.

Reklama
Tweets Energetyka24