Ostrowiec 2018. Polska i Litwa ramię w ramię przeciwko atomowemu zagrożeniu? [ANALIZA]

4 maja 2017, 13:33
2 maja w Wilnie zorganizowano debatę o zagrożeniu związanym z powstającą na Białorusi elektrownią atomową. Od prawej: dr Adam Lelonek, Piotr Maciążek, Jarosław Niewierowicz. Fot. zw.lt/Joanna Bożerodska
Budowa białoruskiej elektrowni atomowej w Ostrowcu. Fot. Wikipedia/Stelmah Aleksandr Nikolaevich/CC.3.0

2 maja w Wilnie miałem przyjemność uczestniczyć w dyskusji m.in. z byłym ministrem energetyki Litwy, Jarosławem Niewierowiczem, dotyczącej zagrożenia związanego z budową elektrowni atomowej w białoruskim Ostrowcu. Wnioski dla regionu Europy Środkowo-Wschodniej nie napawają optymizmem. 

Incydenty i brak transparentności

Przede wszystkim wszyscy uczestnicy rozmowy zorganizowanej w litewskiej stolicy przez Polski Klub Dyskusyjny zgodzili się z tym, że brak transparentności projektu realizowanego przez rosyjski Rosatom na Białorusi jest dużym problemem. Na terenie budowy obiektu doszło już według ocen litewskich specjalistów do około dziesięciu incydentów (m.in. wypadki śmiertelne), z których jedynie „zsunięcie się z dźwigu” ważącego ponad 300 ton reaktora wywołało w Europie stosowny oddźwięk. „Niestety kraje Zachodu nie są dziś w stanie zweryfikować zagrożenia ze względu na postawę białoruskich władz” – stwierdził były minister energetyki Litwy, Jarosław Niewierowicz. Warto w tym kontekście podkreślić, że Mińsk dopuszcza do oceny projektu międzynarodowych ekspertów wyłącznie w wyznaczonym przez siebie zakresie co nie pozwala na skontrolowanie inwestycji w sposób kompleksowy. Wszystko to jest niezwykle niepokojące (mimo, że energetyka jądrowa gdy dochowuje się wszystkich standardów jest bardzo bezpieczna). Powstający obiekt (dwa reaktory o łącznej mocy 2400 MW realizowane w rosyjskiej technologii WWER-1200) będzie dzielić jedynie 50 km od Wilna. Istotna jest tu również bliskość geograficzna innych krajów bałtyckich czy też Polski. Problem ma więc aspekt regionalny i dotyczy sporych połaci Unii Europejskiej.

Zobacz także: Białoruś nie chce delegacji PE na budowie elektrowni w Ostrowcu

2 maja w Wilnie zorganizowano debatę o zagrożeniu związanym z powstającą na Białorusi elektrownią atomową. Od prawej: dr Adam Lelonek, Piotr Maciążek, Jarosław Niewierowicz. Fot. zw.lt/Joanna Bożerodska

Unia Europejska wpłynie na Białoruś?

W ostatnich tygodniach nie wpuszczono na terytorium białoruskie delegacji Parlamentu Europejskiego, która chciała przyjrzeć się budowanej w Ostrowcu siłowni. W tym kontekście zasadne wydaje się pytanie czy Komisja Europejska zgodnie z wypowiedziami swoich przedstawicieli doprowadzi do przeprowadzenia stress testów wspomnianego obiektu zgodnych z unijnymi standardami (taka deklaracja padła w wyniku działań Litwy w Brukseli zwracających uwagę na rosnące zagrożenie dla państw członkowskich)?

Teoretycznie są na to szanse. Pod koniec kwietnia władze w Mińsku zatwierdziły wymogi odpornościowe elektrowni w Ostrowcu, które mają być komplementarne z normami UE. Oby obietnice te nie ograniczyły się jednak do sfery informacyjnej, a Wspólnocie nie zabrakło asertywności (na co wskazuje sposób prowadzenia komunikacji przez Białoruś w zakresie wizyt międzynarodowych ekspertów).

Warto tu jednak zaznaczyć, że w szerszym zakresie działania Komisji Europejskiej wymierzone w projekt w Ostrowcu (a więc na obszarze kraju autorytarnego) mogą okazać się niestety znikome. W jaki sposób wymusić na Białorusinach przestrzeganie standardów? Sankcjami? Reżim Łukaszenki radzi sobie z nimi od dawana, a wiele państw próbuje „resetować” relacje z Białorusią (choć po deklaracji ministra Naimskiego o tym, że Polska nie kupi energii z Ostrowca i ripoście białoruskiego prezydenta o „zielonych ludzikach” szkolonych przez władze w Warszawie trudno określić czy odwilż nadal trwa).

Inną metodą dyskusji na linii Bruksela-Mińsk mógłby być system zachęt, ale i tu szanse na to są niewielkie, choćby z powodu zaostrzenia kursu Mińska wobec opozycji.

Pozostaje oczywiście na stole również scenariusz zbudowania szerszego konsensusu dotyczącego zaostrzenia norm wobec siłowni jądrowych i nagrodzenia Łukaszenki za dołączenie do niego (to zminimalizowałoby wizerunkowo aspekt łamania praw człowieka przez reżim). Jednak kraje członkowskie posiadające duży udział energetyki jądrowej w swoich miksach nie są zainteresowane zaostrzeniem norm, co oznaczałoby większe koszty wdrażania takich zmian w poszczególnych obiektach. Kwestia ta dotyczy również państw chcących budować nowe bloki – w tym Polski.

Zobacz także: Białoruś zatwierdziła wymogi odpornościowe elektrowni atomowej w Ostrowcu 

Polsko-litewska presja na Białoruś?

Istnieje jednak metoda, za pomocą której można skutecznie wpłynąć na kondycję powstającej w Ostrowcu elektrowni. Podczas dyskusji w Wilnie z sali padło pytanie dlaczego obiekt powstaje akurat 50km od litewskiej stolicy? Czy nie mógłby on zostać zbudowany np. przy granicy z Polską lub w innym miejscu (tym bardziej, że będzie chłodzony wodą z Wilii, a rzeka ta już dziś ma cały szereg problemów hydrologicznych)? Odpowiedź na te pytania jest oczywista: lokalizacja Ostrowca nie jest przypadkowa. W najlepszy sposób służy ona interesom Rosatomu, które koncentrują się wokół działających połączeń energetycznych pozwalających uzyskać dostęp do rynków unijnych.

Wspomniana firma to światowy potentat w zakresie technologii jądrowych. Jest ściśle powiązana z Kremlem i nie objęły jej zachodnie sankcje. To właśnie dlatego pełni ona ważną rolę polityczną. Z jednej strony Rosatom pełni rolę rezerwuaru gotówki, którą można wspomóc inne segmenty rosyjskiej gospodarki. Z drugiej, może się ona przeobrazić w „Gazprom bis” stając się narzędziem presji. 

Północno-wschodnia Polska i Litwa to obszary pozbawione dużych elektrowni, zdane na przesył energii z innych miejsc. To wielka szansa dla projektów realizowanych przy wsparciu kapitału z Rosji jak Bałtycka Elektrownia Atomowa w obwodzie kaliningradzkim (budowę zamrożono) czy siłownia w Ostrowcu. Mogą one za pomocą niskiej ceny uzależnić od siebie kraje UE, a w wyjątkowych sytuacjach, zgodnych z interesami politycznymi Moskwy, rodziłoby to ryzyko szantażu energetycznego.

Nietrudno wyobrazić sobie w okresie szczytowego zapotrzebowania na energię w Polsce czy na Litwie zmniejszenie dostaw ze strony Rosatomu (siłownie jądrowe mogą pracować w różnym zakresie, są elastyczne) przy jednoczesnej „awarii” mostów energetycznych zapewniających wymianę transgraniczną (np. ze Szwecją). Nieprzypadkowo władze w Wilnie informowały o problemach z rosyjską flotą podczas układania kabla elektroenergetycznego „Nordbalt” na Bałtyku, a spółka PSE rok temu zaangażowała się we współpracę z Centrum Bezpieczeństwa Energetycznego NATO. Innymi słowy projekty Rosatomu mogą wspomagać operacje hybrydowe na obszarze UE. Na szczególną uwagę zasługują w tym kontekście również problemy projektów atomowych w Polsce i na Litwie, które strategii rosyjskiej mogłyby zagrozić.

Zobacz także: Zielone ludziki mogą zagrażać polskim sieciom? "Stawiamy na wsparcie NATO" 

Jeszcze większe ryzyko rodzi dla Rosjan potencjalne porozumie obu państw w zakresie zakazu importu energii np. z elektrowni w Ostrowcu. Dyskusja na ten temat trwa o czym świadczy z jednej strony deklaracja ministra Piotra Naimskiego o tym, że Polska nie będzie kupować prądu z Białorusi, z drugiej złożenie w litewskim sejmie dotyczącego tej samej kwestii projektu ustawy.

Zobacz także: Rosyjska energia uzależnia jak gaz? Litewska ustawa kluczowa dla Polski 

Polsko-litewska współpraca napotyka na problemy?

Współpraca na linii Warszawa-Wilno napotyka jednak na wiele problemów. Po pierwsze wszelkie dyskusje na jej temat rozpoczęły się bardzo późno, gdy inwestycja w Ostrowcu była już mocno zaawansowana (na aspekt komunikacyjny zwracał podczas rozmowy w Wilnie Adam Lelonek i Jarosław Niewierowicz). Po drugie, nadal sporą niewiadomą jest kształt odwilży polsko-białoruskiej i projektu budowy siłowni jądrowej w Polsce, a obie te kwestie mogą wpłynąć na stosunek rządu RP do inwestycji w Ostrowcu. Po trzecie, najskuteczniejszą metodą ograniczenia importu białoruskiej energii do Polski (przez LitPolLink) i Litwy (przez łączniki z Białorusią) byłoby fizyczne wyłączenie połączeń litewsko-białoruskich. Na to jednak Wilno nie chce się zgodzić z dwóch powodów. Takie interkonektory mogą być istotne w momencie kryzysu energetycznego. Ponadto Wilno liczy na administracyjny zakaz importu z Białorusi co po powstaniu Ostrowca nie wyeliminowałoby jednak fizycznych przepływów energii, za które nie uiszczano by opłaty. W efekcie mogłoby być to zyskowne dla Litwy. Oba aspekty podważają zaufanie Polski do intencji swojego mniejszego partnera. Tym bardziej, że cały litewski system energetyczny funkcjonuje dziś dzięki importowi, który zaspokaja zapotrzebowanie na energię i generuje zyski z tytułu opłat przesyłowych. 

Zobacz także: Litewski politolog dla Energetyka24: zakaz importu rosyjskiej energii mało realny

Zobacz także: PSE rozważa połączenie podmorskie z Litwą. Co z zagrożeniem z Kaliningradu? [ANALIZA]

 

Energetyka24
Energetyka24
KomentarzeLiczba komentarzy: 2
dr
piątek, 5 maja 2017, 06:30

Przygłóp pissdzielski bełkotoman

Reklama
Tweets Energetyka24