Opłata emisyjna – nie taki diabeł straszny

14 marca 2018, 16:00
refuel-2157211_1920
Fot. Pixabay

Wiele kontrowersji budzi zapowiedź wprowadzenia opłaty emisyjnej, która miałaby być pobierana od każdego litra paliwa na naszych stacjach. Nie mniej emocji wzbudziło zgodne oświadczenie Orlenu i Lotosu, że opłata nie będzie wliczana w cenę paliw, lecz koncerny zamortyzują ją kosztem swoich zysków. Czy to możliwe, czy ma to być uspokajanie nastrojów konsumentów?

Przede wszystkim trzeba stwierdzić, że cena paliw jest budzącą od zawsze emocje sprawą narodową i zawsze jest w opinii przeciętnego klienta za wysoka. Prawdą jest też, że podatki i opłaty stanowią ponad połowę jej wartości i dodatkowo są odporne na wahania cen surowca czy koniunkturę -  podatki, jak i śmierć, są pewne. Natomiast warto postawić pytanie czy taka opłata może oszczędzić kieszenie klientów. Aby odpowiedzieć na to pytania warto sobie uświadomić, że cena paliwa to nie prosta suma kosztu wytworzenia, podatków i marży detalicznej.

Trzeba zwrócić uwagę, że poza niezależnymi, cenotwórczymi czynnikami makroekonomicznymi jak giełdowe notowania gotowych produktów paliwowych, cen ropy oraz kursy walut, finalnie detaliczne ceny paliw kształtują warunki lokalne, w których funkcjonuje dana stacja paliw – czyli jej lokalizacja, koszty utrzymania, potencjał sprzedażowy czy relacje rynkowe popytu i podaży oraz bezpośrednie otoczenie konkurencyjne (obecność innych stacji). Ostatecznie cena paliwa na pylonie jest więc pochodną wielu czynników makroekonomicznych oraz warunków lokalnych specyficznych dla danego obiektu.

W uproszczeniu- handel paliwem to handel jak każdy inny, i sprzedawca ustalając cenę musi się liczyć z otoczeniem konkurencyjnym -  na sąsiedniej ulicy klient ma przecież stację konkurencji. Dodatkowo -  na cenę finalną wpływają też czynniki gospodarcze takie jak presja na wzrost wynagrodzeń, przez co coraz trudniej pozyskać pracowników do pracy na stacji paliw, a to powoduje wzrost kosztów funkcjonowania tych obiektów. Koncerny paliwowe modernizują też stacje, podnosząc ich standard, co nie stwarza warunków do obniżania marż.

Czy jest możliwe, aby sprzedawca wziął tego typu opłatę na siebie. Można znaleźć tego typu przypadki -  np. kiedy w roku 2006 cena ropy poszybowała w obniżenie górę ciągnąc za sobą ceny detaliczne na stacjach rząd zdecydował się na obniżenie akcyzy o 10 pp., koncerny „oddały” tę nadwyżkę swoim klientom, natomiast cena benzyny nadal rosła -  po prostu cena ropy rosła szybciej i mocniej niż amortyzowała ją obniżka akcyzy. Tak więc momentami koncerny oferowały paliwo z minimalną marzą detaliczną lub nawet bez, po to, aby utrzymać popyt na poziomie pozwalającym na funkcjonowanie. Generalnie czynników które wpływają na cenę i marżę jest kilka -  może to być formuła cenowa zakupu paliwa, marża rafineryjna, marża hurtowa czy na końcu wreszcie detaliczna.  Dodatkowo marże te są zmienne i w różnej relacji w stosunku do siebie. Upraszczając, tego typu opłatę producent paliwa spokojnie może zamortyzować w kilku miejscach powstawania ceny z korzyścią dla budżetu i bez obciążania nią klientów. Oczywiście wymaga to pewnej powściągliwości w wyciskaniu zysków od właściciela, czyli skarbu państwa, który musi się na pewien ubytek w zyskach zgodzić. Poza tym, jeśli odrzucimy stereotypy dotyczące „zawsze zbyt drogiego paliwa” to warto pamiętać, że w roku 2005 czy 2006 cena 5 zł za litr wydawała się niemal apokaliptyczna, po to żeby w kilka lat później wydawała się niezwykle atrakcyjna. W tej cena paliwa znowu oscyluje poniżej 5 zł i czynniki ekonomiczne czy międzynarodowe nie wskazują na to, że miałaby się radykalnie zmienić w jedną lub drugą stronę. Na rynku ropy podaż jest duża, ofensywę eksportową prowadzą kraje arabskie oraz Iran, z importera w eksportera ropy (z łupków) przekształciły się także Stany Zjednoczone. Dodatkowo, w ostatnich latach Orlen mocno zdywersyfikował swoje źródła zaopatrzenia w ropę o ropę m.in. z Arabii Saudyjskiej czy Iranu, co paradoksalnie pozwoliło na podpisanie korzystniejszych kontraktów z dostawcami rosyjskimi a w konwencji tańszy i bardziej zróżnicowany surowiec.  Trzeba też zauważyć kolejny paradoks- coraz większa liczba samochodów elektrycznych czy hybrydowych skutkuje zmniejszeniem popytu na paliwa naftowe. To wszystko musi prowadzić do konkluzji, że presja konkurencyjna i cenowa a w perspektywie malejący popyt raczej będzie zmuszała producentów paliw do zmniejszania marż niż przerzucania na klientów kolejnych obciążeń.

Warto podkreślić, że opłaty związane z emisją do środowiska funkcjonują również lub są przygotowane do wdrożenia w wielu krajach europejskich, wśród których liderami są kraje skandynawskie. Opłata emisyjna może mieć realny wpływ na poprawę stanu środowiska naturalnego w Polsce poprzez realizację projektów ograniczających emisję przez rozwój elektro mobilności i wykorzystanie paliw alternatywnych. Stoimy u progu rewolucji w motoryzacji i te rewolucje trzeba tak czy inaczej sfinansować.

Dawid Piekarz, ekspert Instytutu Staszica

 

KomentarzeLiczba komentarzy: 1
Zzzzz
poniedziałek, 19 marca 2018, 08:58

Opłaty za emisję paliw funkcjonują już od co najmniej 30 lat. Tylko że dotychczas był płacony do marszałka województwa w ramach opłaty za korzystanie ze środowiska. I jest ,,pobierana\" raz w roku. Czy zatem wprowadzenie teraz tej nowej opłaty to nie jest podwójne opodatkowanie??