Opozycja chce wyjścia Polski z węgla do 2035 r. Hasło ambitne, ale nierealne [KOMENTARZ]

17 grudnia 2018, 09:16
garzweiler-2515803_1920(2)
Fot. Pixabay

W ciągu ostatnich dni politycy opozycji zapowiedzieli, że ich ugrupowania będą dążyć do wyłączenia węgla z polskiego miksu energetycznego. Jako datę „wyjścia Polski” z energetyki węglowej wskazano rok 2035. Planom tym nie można odmówić ambicji, lecz dokładniejsza analiza możliwości politycznych i gospodarczych jasno wskazuje, że postulaty te są kompletnie nierealne.

„Do 2035 roku ja i moja siła polityczna zlikwidujemy wszystkie funkcjonujące w Polsce kopalnie, odejdziemy od węgla” – powiedział w piątek 14 grudnia Robert Biedroń, były prezydent Słupska, który pracuje obecnie nad sformowaniem swojego ugrupowania. „Nowoczesna jest za odejściem od energetyki opartej na węglu. Ambitną perspektywą jest 2035 r., ale nie osiągniemy nic bez mapy drogowej dojścia do stanu, w którym energia w Polsce będzie pozyskiwana głównie z OZE!” – napisała w niedzielę na Twitterze przewodnicząca Nowoczesnej Katarzyna Lubnauer.

Obie te zapowiedzi przedstawicieli opozycji nawiązują do szeroko komentowanych w Polsce tematów: zależności energetycznej od węgla (kwestia ta powróciła przy okazji dyskusji na temat podwyżek cen prądu) oraz sprawy zanieczyszczeń powietrza (nazywanych w mediach po prostu smogiem). Oba plany wyznaczają sobie niezwykle ambitną perspektywę czasową – datą wyłączenia węgla z polskiej energetyki ma być rok 2035. Oba postulaty mają jeszcze jeden wspólny mianownik: są kompletnie nierealne.

W Polsce ok. 80% energii elektrycznej wytwarzane jest z węgla kamiennego i brunatnego. Za produkcję odpowiada ogromy park jednostek wytwórczych. Ich całkowita likwidacja i zastąpienie nowymi mocami w perspektywie zaledwie 16 lat są praktycznie niemożliwe z kilku powodów.

Przede wszystkim, należałoby znaleźć „następców” dla wyłączanych jednostek. Postulowany przez opozycję zwrot w kierunku odnawialnych źródeł energii mógłby rozwiązać jedynie część problemów, gdyż OZE są na ogół niestabilne poprzez swoje uzależnienie od niekontrolowalnych warunków pogodowych (mowa tu przede wszystkim o elektrowniach wiatrowych i panelach fotowoltaicznych). Polska nie posiada też odpowiednich warunków hydrologicznych, by budować duże elektrownie wodne, z kolei biomasa i biogaz (również wliczane do OZE) nadają się do produkcji energii elektrycznej i ciepła w mniejszych jednostkach. Źródła odnawialne mogą wspomóc redukowanie udziału węgla w miksie energetycznym, ale do czasu rewolucji na polu magazynowania energii nie będą w stanie być stabilną alternatywą dla tego surowca.

Do dyspozycji pozostaje zatem gaz i energetyka jądrowa.

W pierwszym przypadku problemem będzie kwestia dostaw paliwa. Według zapowiedzi rządu, dzięki zrealizowanym i planowanym inwestycjom pokroju Terminala LNG w Świnoujściu i gazociągu Baltic Pipe, Polska będzie w stanie uniezależnić się od kosztownych dostaw ze Wschodu, a nawet zgromadzić pewną nadwyżkę błękitnego paliwa. Jednakże, krajowe zapotrzebowanie na gaz gwałtownie rośnie – według PGNiG zużycie gazu w Polsce wzrosło z 15 mld metrów sześciennych w 2015 r. do 17 mld metrów sześciennych w 2017 r. Utrzymanie tego tempa sprawi, że polska gospodarka „przeje” nawet wspomnianą wyżej nadwyżkę. Budowa nowych jednostek wytwórczych zasilanych gazem skaże kraj na ponowny import surowca ze wschodu, co może negatywnie odbić się na bezpieczeństwie energetycznym.

Jeśli zaś chodzi o energetykę jądrową, to kluczowym problemem jest tu czas realizacji inwestycji (wg prof. Andrzeja Strupczewskiego z Narodowego Centrum Badań Jądrowych, w realiach polskich budowa elektrowni jądrowej wymaga co najmniej 13 lat) oraz ich koszt.

Trzeba też pamiętać, że obecnie zapotrzebowanie Polski na energię elektryczną rośnie, jest bowiem warunkowane rozwojem gospodarczym. Oznacza to, że politycy chcący wyłączać jednostki w energetyce węglowej będą musieli nie tylko znaleźć dla nich alternatywę, ale także pomyśleć o nadwyżce mocowej, która umożliwi utrzymanie wzrostu gospodarki.

Trudno pominąć kwestię kosztów wyjścia z węgla do 2035 roku. Niestety, zarówno zapowiedzi Roberta Biedronia jak i Katarzyny Lubnauer nie pozwalają na oszacowanie ceny, jaką przyjdzie zapłacić za ich realizację. Niemniej, przypomnieć można, że według ministra energii Krzysztofa Tchórzewskiego realizacja założeń Polityki Energetycznej Polski do roku 2040, która zakłada zmniejszenie udziału węgla w miksie do poziomu 35%, kosztować ma ok. 400 mld złotych. Biorąc pod uwagę kategoryczność i krótszą perspektywę planów liderów opozycji, kwota ta ulegnie zapewne istotnej multiplikacji.

Źródłem cennych doświadczeń w zakresie odchodzenia od węgla może być przykład Niemiec, od lat przeprowadzających swoją Energiewende, czyli transformację energetyczną, która zakłada m.in. dekarbonizację i zwrot w kierunku odnawialnych źródeł energii. Pomimo kolosalnych nakładów finansowych, Niemcom nie udało się wyprzeć węgla ze swojego miksu energetycznego. RFN jest obecnie największym producentem i konsumentem węgla brunatnego w Europie. Tak z węgla brunatnego jak i kamiennego generuje się tam ponad 40% energii elektrycznej.

Niemieccy politycy i eksperci już od dawna dyskutują nad całkowitym wyjściem z węgla, lecz jak do tej pory nie udało się ustalić konkretnej daty zakończenia dekarbonizacji. Celem określenia ram czasowych, rząd w Berlinie powołał nawet specjalną komisję węglową – organ ten miał przedstawić perspektywę wyjścia z węgla do rozpoczęcia konferencji COP24 w Katowicach. Jednakże, prace komisji jeszcze się nie zakończyły, a data pełnej dekarbonizacji RFN ma zostać ogłoszona na początku przyszłego roku.

Trzeba tu także wskazać, że Energiewende nie sprawdziła się także jako remedium na emisyjność. Niemiecka gospodarka nadal jest największym emitentem dwutlenku węgla w Europie, z kolei w sektorze energetycznym od 2011 roku spadek emisji tego gazu jest ledwo zauważalny (a przy tym rażąco niewspółmierny do poniesionych kosztów), a np. emisyjność sektora transportu rośnie, co - całościowo patrząc - podkopuje wysiłki Energiewende na tym polu.

Warto pamiętać też o kosztach niemieckiej transformacji, finansowanej w dużym stopniu bezpośrednio z kieszeni obywateli RFN, poprzez tzw. opłatę OZE. W 2018 roku koszt tejże opłaty dla przeciętnego gospodarstwa domowego w Niemczech wyniósł prawie 20 euro miesięcznie. Jak podaje portal cleanenergywire.org, w 2018 roku niemieckie gospodarstwa domowe wydadzą na opłatę OZE ok. 8,6 miliarda euro. Z kolei całość rocznych przychodów z tego tytułu wynieść ma ok. 24 miliardy euro.

Co więcej, niemieckie rachunki za prąd są najwyższe (obok duńskich) w Europie. Za 100 kWh w drugiej połowie 2017 roku obywatel RFN płacił średnio nieco ponad 30 euro. Polak płacił połowę tej kwoty, a Bułgar – mniej niż 10 euro.

Przykład niemiecki może też służyć jako odniesienie w kwestii górnictwa węgla kamiennego i wpływu tego procesu na energetykę. Choć Niemcom udało się zamknąć w grudniu br. dwie ostatnie kopalnie węgla kamiennego, to jednak surowiec ten wciąż jest wykorzystywany w elektrowniach zachodniego sąsiada Polski – po prostu teraz pochodzi w całości z importu.

Podsumowując, postulaty Roberta Biedronia i Katarzyny Lubnauer dotyczące wyjścia z węgla rozpatrywać należy w kategoriach ambitnych i przebojowych obietnic wyborczych, mających przykuć uwagę elektoratu i ukazać profil polityczny postulujących. Technicznie rzecz biorąc, szanse na ich zrealizowanie są pomijalnie małe, co wynika głównie z charakteru polskiej energetyki oraz możliwości finansowych budżetu i spółek energetycznych. Co więcej, realizacja tak śmiałych zamierzeń wymaga odpowiedniej siły politycznej – ugrupowania chcące przeprowadzić drastyczną transformację energetyczną będą musiały dysponować stabilną większością w parlamencie, co również nie pozostaje bez wpływu na realność tychże postulatów.

KomentarzeLiczba komentarzy: 33
Marek
wtorek, 18 grudnia 2018, 09:56

@Kkamyk Czemu ma nie być alternatywy? Jest jak najbardziej. Na imię ma blackout.

nikt ważny
wtorek, 18 grudnia 2018, 09:33

A to OZE to z czego? Autor słusznie zauważa, a i wielu nieco bardziej orientuje się we współczesnym technologiach jednocześnie nie mając braków w edukacji klasycznej. OZE długoterminowo wcale nie jest OZE (gdzie "koszty" uzysku i utrzymania?). Jedyne OZE to młyny wodne które jeszcze jako tako dają się zrealizować w Polskich warunkach hydrologicznych. O szczytowo pompowej akumulacji energii również można zapomnieć. Kto nie tego nie rozumie widać z geografii miał pałę. Można poprawić skuteczność elektrowni wodnych ew. budować stacjonarne "pływające" (podsiębierne) na rzekach ale to kropla w morzu potrzeb. Póki nie nastąpi prawdziwa osobliwość technologiczna dająca nam energię z magnetyzmu (Ziemi - taka planeta - ta "niebieska) czy grawitacji to energia ze Słońca czy z wiatru w naszym położeniu to jakieś mrzonki. Farmy na wybrzeżu Bałtyku? Chyba ktoś nie bardzo wie że na Bałtyku w naszej strefie potrafi być w ciągu roku flauta przez kilka miesięcy. Ktoś słyszał o skuteczności czy też na Fizyce spał? Na razie pozostaje nam spalanie jako skuteczna reakcja. Strategicznie węgiel (ten czarny) jest bezpieczny i można jedynie popracować nad skutecznością i czystością uzyskania z niego energii. Surowiec jest na miejscu. Środki produkcji również. Teraz niby wydobycie drogie ale mamy czas Pokoju więc można brać surowiec gdzie taniej. W przypadku kiedy koncert mocarstw wpadnie na pomysł naszej izolacji problemów z prądem (i ogrzewaniem - warto pamiętać) nie przewiduje się, a i w takim przypadku koszty nie mają zupełnie znaczenia bo w izolacji gospodarczej można wewnętrznie dowolnie je kształtować (waluta nie ma parytetu stałego). Trochę więc nauki i inżynierii i można z tego zrobić perełkę. Natomiast pomyślałbym o zastąpieniu palenia węglem brunatnym bo to jest mało efektywne i "ekologiczne". A jak chcemy być "eko" to sadźmy lasy na potęgę (i walczmy z kornikiem wszelkimi sposobami). Bo o to chodzi. O równowagę. By miało co pochłaniać CO2. Żartobliwie zaś to może tak zakażmy oddychania bo to w końcu jakby nie patrzeć spalanie węgla jest?

Uważny
wtorek, 18 grudnia 2018, 09:32

Autor bardzo stronniczo komentuje problem, podając półprawdy i nie przedstawiając istoty problemu. W Niemczech mają drogą energię? Tak się składa, że hurtowa cena a więc dla przemysłu, jest niższa od tej w Polsce. Dopłaty do OZE przez odbiorców indywidualnych będą natomiast sukcesywnie spadać z wygaszaniem wsparcia dla najstarszych i najdroższych technologii a więc w perspektywie kilku lat. My za to budujemy drogie elektrownie, produkujemy drogi prąd z drogiego i niezdrowego węgla i jeszcze będziemy do niego dopłacać(opłaty mocowe) a ostatecznie znajdziemy się w niekonkurencyjnej gospodarce, gdzie problemem nie będzie cena prądu na rachunku Kowalskiego bo Kowalski będzie bezrobotny i żadnej ceny nie zapłaci.

Sandra
wtorek, 18 grudnia 2018, 09:14

Pozamykać te górnicze obciążenia budżetu i dosyc tych ich przywilejów!!!

mobilis in mobili
wtorek, 18 grudnia 2018, 00:19

Aby węgiel wytracić trzeba się najpierw wzbogacić...Żadne dziecko nie dorośnie bez brudzenia pieluch.Jak osiągniemy np. PKB Włoch (per capita) to pogadamy o dekarbonizacji.