Surowce energetyczne szansą dla Chin i USA. Czy Smok i Orzeł poszybują razem? [ANALIZA]

16 stycznia 2018, 15:33
8293232288_6b07caf7aa_k
Fot. U.S. Department of Agriculture / Flickr

Jedni budują swoje państwo od nieco ponad dwustu lat, drudzy upatrują korzeni ponad pięć tysięcy lat temu. Pierwsi otaczają czcią „Ojców Założycieli”, drudzy „Trzech Dostojnych i Pięciu Cesarzy”. Światowe supermocarstwo reprezentowane przez “przywódcę wolnego świata” i pragnący naruszyć globalne strefy wpływów autorytaryzm, na czele którego stoi komunistyczny aparatczyk. Stany Zjednoczone i Chiny, dwa kraje, które wydaje się dzielić niemal wszystko, ale czy aby na pewno?

O tym, że Donald Trump nie należy do największych przyjaciół Chin wiadomo nie od dziś. Dość wspomnieć w tym miejscu jego wypowiedzi z okresu kampanii wyborczej, czy publiczne połajanki pod adresem Pekinu, związane ze sprzedażą ropy do Korei Północnej. Chińczycy nie pozostawali dłużni, apelując do Amerykanów np. o „porzucenie pojęć związanych z zimnowojenną mentalnością” i snując plany związane z potężnym osłabieniem znaczenia dolara. Wydawać by się mogło w tej sytuacji, nakładając wzajemną niechęć na geopolityczną układankę, że sukcesem w najbliższych miesiącach i latach będzie nie tyle rozwój, co po prostu nie osłabienie wzajemnych relacji gospodarczych. Analizy rynku energii wskazują jednak, że Waszyngton potrzebuje Pekinu nie mniej, niż Pekin Waszyngtonu, a ich kooperacja będzie miała w najbliższych latach przemożne znaczenie dla sektora oil & gas.

Przyjrzyjmy się pokrótce najważniejszym energetycznym trendom zachodzącym w obydwu krajach, a później zastanówmy się, jakie mogą nieść one konsekwencje dla ich wzajemnych relacji oraz światowych rynków.

Amerykański imperializm

„Razem rozpoczniemy nową energetyczną rewolucję, opartą na amerykańskiej produkcji, na amerykańskiej ziemi” - zapowiadał kilka miesięcy temu Donald Trump.  W dalszej części oświadczenia mogliśmy wówczas przeczytać, że USA zamierzają stać się globalnym graczem na rynku LNG. Cytowane przez Biały Dom American Action Forum uważa, że sprzedaż surowca za granicę przyniesie w latach 2016 - 2040 potężne zyski - jego wartość handlowa ma osiągnąć pułap 1,6 biliona dolarów, a przychody dla budżetu federalnego 118 mld dolarów. Dziś sektor energii daje pracę 6,4 mln Amerykanów, stanowiąc potężny potencjał wyborczy na lekceważenie, którego nie może sobie pozwolić żaden przywódca USA, a szczególnie taki, który w kampanii zapowiadał mocne wsparcie rodzimego wydobycia i eksportu węglowodorów. 

Równie imperialne, a być może nawet bardziej, plany wiąże się z amerykańskim sektorem naftowym. Prognozy Energy Information Administration wskazują, że w bieżącym roku produkcja „czarnego złota” może być najwyższa w historii USA i osiągnąć pułap 10,3 mln baryłek dziennie. To jednak nie koniec, w 2019 wydobycie ma wzrosnąć do 11 mln b/d. Jeżeli te prognozy znajdą swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości, to będziemy mieć do czynienia z przebiciem produkcyjnych maksimów z roku 1970.  Duża w tym zasługa ropy z pokładów łupkowych oraz… kryzysu, który dopadł rynek przed kilkoma laty. Analitycy WoodMackenzie wskazują, że tylko w latach 2014 - 2016 koszty wydobycia „ropy z łupków” spadły ok. 20%. Oczywiście przełożyło się to na opłacalność wydobycia. Ponadto, spółki ograniczyły swoją aktywność do najbardziej obiecujących złóż, zawieszając (lub zamykając) projekty realizowane na trudniejszych obszarach, co pomogło zarówno w ograniczeniu kosztów, jak i lepszej relokacji załogi. 

Utrzymujące się na relatywnie wysokim poziomie ceny ropy, zniesienie czterdziestoletniego embarga na jej eksport oraz ekonomizacja polityki zagranicznej pod rządami Donalda Trumpa, każą zakładać, że nadchodzące miesiące i lata będą czasem wzmożonej aktywności supermocarstwa na rynkach naftowych. W tym kontekście warto również pamiętać o osobie Rexa Tilersona, dzisiejszego Sekretarza Stanu, a wcześniej wieloletniego prezesa naftowo-gazowego giganta - ExxonMobil. Obecność na najwyższych szczytach amerykańskiej polityki człowieka, który posiada tak rozległe doświadczenia biznesowe w sektorze energii z pewnością pomoże w realizacji ambitnych założeń Donalda Trumpa.  Zwłaszcza, iż obecna administracja twierdzi, że amerykańskie zasoby „czarnego złota” są o 20% większe, niż saudyjskie, zaś ich wartość sięga 13 bilionów dolarów - przyjmując cenę na poziomie 50$ za baryłkę. 

Energetyczny apetyt chińskiego smoka

W pewnym sensie na drugim biegunie energetycznego świata pozycjonuje się Chińska Republika Ludowa, której rosnąca gospodarka potrzebuje coraz więcej surowców energetycznych. Presja na zwiększanie energochłonności wspomagana jest również przez działania, które Pekin podejmuje dla poprawy jakości powietrza - dość wspomnieć w tym miejscu, że już w 2019 roku północna część kraju ma być ogrzewana "czystymi paliwami" w 50%, zaś dwa lata później w 70%. Efekt dążenia do zastąpienia węgla źródłami niskoemisyjnymi doprowadził do trudności związanych z dostawami gazu ziemnego. Niedobory surowca spowodowały ograniczenia dla odbiorców, skutkujące m.in. stratami dla przemysłu. 

Aktualnie Chiny konsumują ok. 200 mld m3 gazu rocznie, z czego ok. 130 mld m3 pochodzi z własnej produkcji, a reszta z importu. Władze w Pekinie przewidują jednak, że w perspektywie 15 lat zapotrzebowanie wzrośnie do ok. 347 mld m3 rocznie. Jednocześnie rosnąć ma produkcja „błękitnego paliwa” z pokładów łupkowych - do 30 mld m3 w 2020 r. i 80-100 mld m3 w roku 2030.  Jeszcze odważniej do tej kwestii podchodzą eksperci z Sanford C. Bernstein & Co., według których zużycie gazu ziemnego w Chinach do roku 2040 może wzrosnąć prawie trzykrotnie w porównaniu z poziomem z 2016 r.  Oznaczać to będzie osiągnięcie astronomicznego pułapu 600 miliardów metrów sześciennych rocznie.

W minionym roku import "błękitnego paliwa" do Chin był wyższy o 26,9% w porównaniu do 2016. Wartość pieniężna zakupów wzrosła natomiast o 41,2% (23,28 mld dolarów) w ujęciu r/r.  Duże znaczenie w tym kontekście miało LNG, którego Pekin zakupił w ub.r. o 50% więcej, niż rok wcześniej. Chiny stały się również drugim największym importerem LNG na świecie. Ciekawostką jest, że chociaż jeszcze rok temu Pekin nie kupował LNG z USA, to dziś Stany Zjednoczone są trzecim największym dostawcą skroplonego gazu do Państwa Środka. 

W ramach ciekawostki warto nadmienić, że prekursorami wykorzystywania „błękitnego paliwa” z korzyścią dla społeczności byli własnie Chińczycy. Około 500 roku p.n.e. odkryli oni, że tajemnicze płomienie, które przez starożytnych Greków uważane były za moce nadprzyrodzone, znajdują swe źródło właśnie w gazie. Podjęli się wówczas budowy pierwszych rurociągów z pędów bambusa, a następnie wykorzystali gaz do zagotowania morskiej wody i wydzielenia z niej soli. 

Wracając jednak ad meritum - dane za rok 2017 wskazują również, że Chińczycy znacząco zwiększyli import ropy naftowej - wyniósł on 419,57 mln ton, czyli o 10,1% więcej, niż w 2016 r. Wartość zakupów wyniosła 162,33 miliarda dolarów, czyli o 39,1% w ujęciu r/r. Tylko w listopadzie ub. r. Chińczycy zużywali 9 mln b/d.  Interesująco prezentują się dane dotyczące eksportu amerykańskiej ropy do Chin - w ubiegłym roku średni wolumen kształtował się na poziomie 140 tys. baryłek dziennie. Dla porównania w 2016 wynosił zaledwie 10 tys. b/d.  Pomimo rosnącego zapotrzebowania w 2017 roku Chiny odnotowały spadek krajowego wydobycia - o 3,85 mln baryłek dziennie. Powoduje to wzrost uzależnienia od zewnętrznych dostawców, szacowanego dzisiaj na ponad 60%.

Wspólny lot chińskiego Smoka i amerykańskiego Orła 

Nie ulega wątpliwości, że stosunki obecnego supermocarstwa z aspirującymi do tego miana Chinami nie należą do najłatwiejszych. W ostatnich miesiącach uwydatniło się to szczególnie za sprawą Donalda Trumpa, który wielokrotnie zwracał uwagę m.in. na potężny deficyt handlowy USA oraz atakował Pekin np. za dopuszczanie do dostaw ropy dla Korei Północnej. Chińczycy, jak już wcześniej wspomniano, nie pozostawali dłużni i zdecydowanie reagowali na zaczepki amerykańskiego przywódcy. I na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że w takich warunkach sukcesem będzie co najwyżej nie zerwanie dotychczasowych więzi i nie dopuszczenie do wybuchu handlowej wojny między obydwoma ogromnymi gospodarkami.  Rzeczywistość okazuje się jednak, jak to zwykle bywa, zdecydowanie bardziej zniuansowana.

Nie ulega wątpliwości, że nabierający wiatru w żagle przemysł energetyczny USA oraz pochłaniająca coraz więcej energii chińska gospodarka, wzajemnie się potrzebują. Podczas ubiegłorocznej wizyty Donalda Trumpa w Chinach (CNN podawał wówczas, że żaden przywódca od 1949 roku nie został powitany w Pekinie z takimi honorami) podpisano i ogłoszono szereg porozumień gospodarczych, których potencjalna wartość sięga 250 miliardów dolarów. Były wśród nich również projekty energetyczne, jak choćby porozumienie między Chaniere z China National Petroleum Corporation dotyczące dostaw LNG, czy wspólny projekt gazowy Alaska Gasline Development Corporation i Sinopec (którego potencjalna wartość wynosi nawet 43 mld dolarów). Zawarto także wstępny (docelowo piętnastoletni) kontrakt na dostawy LNG od Delfin Midstream do China Gas Holdings.

I choć większość zawartych porozumień ma charakter niewiążący, to wyraża jednoznacznie wolę zintensyfikowania współpracy. Nie ulega wątpliwości, że w pewnym horyzoncie czasowym skorzystać mogłyby na niej obydwa państwa - jedni znaleźliby rynki zbytu dla swoich surowców, drudzy niezbędne paliwo dla gospodarki. Amerykanie mogliby nieco zmniejszyć deficyt handlowy, zaś Chińczycy wzmocnić działania zmierzające do dekarbonizacji gospodarki.

Z tym poglądem zgadza się John Hofmeister, ongiś prezes zarządu Shella, a dzisiaj członek Rady Bezpieczeństwa Energetycznego: „Istnieje duży potencjał dla współpracy Stanów Zjednoczonych i Chin w dziedzinie energii” - powiedział w jednym z wywiadów. "Chiny są wspaniałym rynkiem dla północnoamerykańskiego gazu ziemnego" - dodał. Nadmienił również, że jest to szansa na rozwinięcie partnerstwa i modeli biznesowych, które będą obopólnie korzystne. 

Łyżka dziegciu 

W chińsko - amerykańskiej beczce miodu znaleźć możemy jednak, co najmniej kilka łyżek dziegciu, które mogą spowodować, że Pekin zdecyduje się na sprowadzanie gazu np. z Australii, czy Kataru, zaś Waszyngton wypowie handlową wojnę, która uderzy w surowcowe rozliczenia Państwa Środka.

Jednym z takich zagrożeń, nie wspominając o szeregu czynników politycznych, jest to, że Chińczycy od pewnego czasu pracują nad uruchomieniem rynku kontraktów terminowych na ropę naftową, który rozliczany byłby w juanach. Nauczeni doświadczeniem z 2015 roku, związanym z rozpoczęciem handlu niklem na giełdzie w Szanghaju oraz atakiem spekulantów, będą prawdopodobnie dążyli do stworzenia własnego benchmarku - niezależnego od ropy Brent, czy WTI. Jest to jednak zadanie niełatwe, więc trudno przewidzieć, jakie będą jego efekty. Nie trzeba mówić, jak potężnym ciosem dla “dolarowej rzeczywistości” byłoby prowadzenie rozliczeń naftowych w juanach, posiadających solidną kotwicę w postaci wymienialności na złoto). 

Stworzeniem alternatywnego ośrodka kształtowania cen energii są zainteresowane również takie kraje, jak Rosja, Wenezuela czy nawet Arabia Saudyjska. Eksport z dwóch pierwszych krajów coraz mocniej koncentruje się na rynku chińskim, w związku z czym działania Pekinu mogą być odebrane przez nie bardzo pozytywnie. Chińczycy podejmują także próby zintensyfikowania relacji z Saudyjczykami - PetroChina oraz Sinopec zaoferowały wykupienie 5% udziałów w Saudi Aramco, jeszcze zanim trafią one na zachodnie giełdy. W opinii części analityków miałoby to pomóc w skłonieniu Saudyjczyków do zgody na rozliczanie dostaw ropy w juanach. To oczywiście osłabiłoby „dolarowy” porządek świata i stanowiło poważny cios dla wpływów oraz wizerunku Stanów Zjednoczonych. Być może sektor energii będzie jednym z obszarów, które administracja Donalda Trumpa wykorzysta do spowolnienia chińskich działań w tej materii - np. poprzez korzystne umowy bilateralne z Pekinem. 

Nadchodzące miesiące i lata są czasem, w którym obydwa państwa mogą jeszcze znaleźć porozumienie na niwie energetycznej. Nie ulega wątpliwości, że ich wzajemne relacje będą istotnym czynnikiem wpływającym na rynki ropy - co najmniej w krótko i średnioterminowej perspektywie. Tym bardziej, że Statystyki BP wskazują, iż w perspektywie roku 2035 chińskie uzależnienie od importu ropy i gazu wyniesie odpowiednio 79% i 40%. I tak się przypadkowo składa, że Amerykanie w tym samym czasie zamierzają istotnie zwiększać zarówno ich wydobycie, jak i sprzedaż za granicę. Kończąc, warto przytoczyć chińskie (podobno) przysłowie: “Gdy wieją wichry zmian, jedni budują mury, inni budują wiatraki”. Wkrótce przekonamy się, którą drogą postanowią pójść przywódcy dwóch mocarstw i czy wykorzystają, być może chwilowy, efekt energeycznej synergii w budowaniu własnych potencjałów.

KomentarzeLiczba komentarzy: 4
mefis58
wtorek, 23 stycznia 2018, 19:26

Autor zauważa \"łyżkę dziegciu\", a nie zauważa całej jej BECZKI !!! No to wskażmy autorowi ową beczkę. Należy przy rozważaniach o \"wspólnym locie\" oraz wskazywaniu rosnącej produkcji ropy w USA oraz zapotrzebowania na ropę w Chinach mieć na uwadze WEWNĘTRZNY POPYT amerykański na ropę. Ten zaś wynosi ok 16 mln baryłek na dobę, co nawet przy wzroście produkcji do ok 11 mln baryłek na dobę nie zrobi z USA wielkiego eksportera. Co wiecej \"usługi reeksportowe\" amerykańskich handlowców po przyjęciu petrojuana padną na pysk !!!

pytajnik
piątek, 19 stycznia 2018, 11:21

dlaczego nie widac komentarzy?

alic
czwartek, 18 stycznia 2018, 11:19

\"dolarowy porządek świata\" się kończy i trzeba się do tego przygotować.Niemcy już to robią

LNG second
środa, 17 stycznia 2018, 13:06

Beznadziejna czcionka na nowym portalu, aż oczy bolą.

Reklama
Reklama
Tweets Energetyka24