Manipulacją i propagandą - jak Kreml atakuje dywersyfikację dostaw gazu [KOMENTARZ]

3 stycznia 2019, 14:25
Zrzut ekranu 2019-01-03 o 14.23.35
Fot.: Kremlin.ru

Kluczowym elementem dywersyfikacji dostaw gazu do Europy Środkowej i Bałkanów oprócz Terminalu LNG w Świnoujściu oraz Baltic Pipe ma być gazoport w chorwackim Krk. Rosyjska propaganda ostatnio uaktywniła się krytykując Baltic Pipe i dostawy LNG do Polski. Teraz nadszedł czas na chorwacki Krk. 

„Przez ostatnie kilka lat USA prowadziły otwartą kampanię medialną wymierzoną w rosyjskie gazociągi. Waszyngton oskarża Rosję o wykorzystywanie gazu jako instrumentu nacisku politycznego i proponuje LNG jako korzystne dla bezpieczeństwa energetycznego swoich sojuszników. Ale czy Amerykanie rzeczywiście są tak szczerzy w kwestii ich troski o Europejczyków i co stoi za ich strategią? Spójrzmy na fakty” – zaczyna tajemniczo swój artykuł opublikowany na łamach chorwackiej gazety Večernji list ambasador Rosji w tym kraju Anwar Asimow.

Dyplomata wymienia szereg „faktów”, które miałyby świadczyć na korzyść rosyjskiego surowca, przy okazji jednak mocno naginając rzeczywistość pod swoją tezę. Przyjrzyjmy się jego argumentom.

I tak czytamy, że: „krytycy Rosji nie są w stanie przytoczyć ani jednego przykładu, gdy wykorzystaliśmy gaz dla Europy do wywarcia nacisku na sąsiadów w celu osiągnięcia celów politycznych” i dalej: „Kryzysy gazowe w latach 2006 i 2009 nie były spowodowane geopolityką, ale banalną i haniebną kradzieżą gazu przez stronę ukraińską”.

Podejmijmy tę rękawicę i postarajmy się spojrzeć dokładniej na słusznie przytoczone przez Asimowa kryzysy gazowe. Ukraina do niedawna była w pełni zależna od dostaw gazu z Rosji i  przez długi czas stan ten utrzymywał się przy akceptacji obu stron. Ukraina utrzymywała neutralny lub wręcz prorosyjski kurs, wzamian za co otrzymywała gaz poniżej cen rynkowych. Za zgodą Rosji i na mocy porozumień dwustronnych.

Kwesta ta stała się problemem dla Rosji dopiero wówczas, gdy władzę w Kijowie przejęło środowisko nastawione prozachodnio, jakie doszło do władzy w rezultacie Pomarańczowej Rewolucji. Wówczas Rosja zaczęła sabotować wszelkie formy porozumienia, aż doprowadziła do sytuacji, w której odcięła dostawy gazu w trakcie okresu grzewczego.

W ten sposób Kreml wymusił na Kijowie zgodę na podwyżki cen gazu oraz, na czym przede wszystkim zależało Moskwie, utworzenie spółki pośredniczącej między Gazpromem i Naftohazem – RosUkrEnergo (RUE). Jej celem było lobbowanie interesów rosyjskich na Ukrainie. Wystarczy wspomnieć, że udziałowcem połowy firmy jest Gazprom, a 90% drugiej połówki – prorosyjski oligarcha Dmytro Firtasz, przebywający przymusowo w Austrii. Z resztą jednym z dyrektorów wykonawczych RUE swego czasu był... kolega Dmitrija Miedwiediewa z grupy na akademii KGB.

Może zatem kolejny kryzys gazowy w 2009 roku nie miał charakteru nacisku politycznego? Tym razem ambasador jeszcze bardziej mija się z prawdą. Sprokurowanie kryzysu posłużyło wówczas Rosji do wymuszenia na Ukrainie podpisania niekorzystnego kontraktu na dostawy i tranzyt gazu (co potwierdził Arbitraż w Sztokholmie) oraz do zawarcia umowy „flota za gaz” w ramach której zwiększeniu uległa obecność wojskowa Rosji na Krymie.

Kilka lat później okaże się, że przerzucone wówczas na Krym wojska przeistoczyły się w 2014 roku w „zielone ludziki”, które dokonały militarnej aneksji półwyspu przez Federację Rosyjską.

O tym, jak ochoczo Rosja wykorzystuje gaz do realizacji celów politycznych można również wspomnieć w przypadku nagłej obniżki cen za ten surowiec, jaka została zaproponowana Ukrainie w przeddzień Euromajdanu. W zamian za nią prezydent Wiktor Janukowycz postanowił zrezygnować z podpisania Umowy Stowarzyszeniowej z UE, co przyczyniło się do wyjścia ludzi na ulice.

Gazprom stosuje też bardziej subtelne metody jak na przykład chwilowy spadek jakości gazu (zbyt duża zawartość wody) przypadający akurat na czas szczytu NATO w Warszawie. Ale to oczywiście czysty przypadek.

W swoim artykule ambasador Asimow raczył wspomnieć, że „krytycy Rosji nie są w stanie przytoczyć ani jednego przykładu, gdy wykorzystaliśmy gaz dla Europy do wywarcia nacisku na sąsiadów w celu osiągnięcia celów politycznych”. Mam nadzieję, że powtarzając te wielokrotnie formułowane w europejskich mediach zarzuty, uczyniłem za dość oczekiwaniom Jego Ekscelencji.

Ciekawa okazuje się również interpretacja motywów stojących za powstaniem Nord Stream 1 i 2 oraz Turk Stream. Zdaniem ambasadora, są to projekty mające na celu dywersyfikację dostaw gazu do Europy. Okazało się to, zdaniem ambasadora, konieczne po kryzysach gazowych, „podczas których Ukraina udowodniła, że nie jest godna zaufania”.

Jeszcze raz spójrzmy na fakty. Decyzje o przerwaniu dostaw przez Ukrainę do Europy podjęła jednostronnie Rosja, nie Ukraina. Kijów wówczas starał się utrzymywać ciśnienie w punktach odbioru w UE wykorzystując do tego największe w Europie zbiorniki na gaz o pojemności ok. 30 mld m sześc. Co roku przed okresem grzewczym są one zapełniane do poziomu ok. 15-17 mld m sześc. przede wszystkim po to, aby uzupełniać ewentualne niedobory w przesyle do UE. Dlatego też większość z nich znajduje się na zachodzie Ukrainy, mimo że najbardziej energochłonny przemysł jest w centrum i na wschodzie tego kraju.

Wspomniane rosyjskie gazociągi mają na celu rzeczywiście ominąć tranzyt przez Ukrainę. Motywy są jednak inne niż dobro UE. Od 2015 roku Ukraina nie importuje z Rosji ani metra sześciennego gazu. Trafia on do niej za pomocą rewersu z krajów UE. Oznacza to, że Rosja utraciła możliwość wywierania wpływu na Ukrainę – jakakolwiek przerwa w dostawach gazu natychmiast i bezpośrednio uderzyłaby w UE. 

Jednocześnie tranzyt gazu przez Ukrainę jest niezbędny dla utrzymania jej systemu dystrybucji. Krótko mówiąc – system gazociągów na Ukrainie jest skonstruowany w ten sposób, że jeśli odetniemy tranzyt, część gazociągów będzie musiała zostać zamknięta i niektórzy Ukraińcy utracą dostęp do gazu sieciowego. W dodatku zyski z tranzytu zapewniają 10% dochodów budżetowych Ukrainy.

W obliczu takiego stanu rzeczy, ominięcie tranzytu przez Ukrainy jest najlepszym (choć bardzo drogim dla Rosji) sposobem na trwałą destabilizację tego i tak już osłabionego wojną kraju. Nieprzypadkowo też prorosyjska kontrkandydatka Petra Poroszenki jest zwolenniczką odwrócenia wszystkich reform obecnej władzy w sektorze gazu. Jej zwycięstwo oznaczałoby utrzymanie dostaw rosyjskiego gazu na Ukrainę w zamian za uległość polityczną i wstrzymanie kursu prozachodniego. Ponownie gaz staje się orężem politycznym.

Nic dziwnego zatem, że ostatnimi czasy obserwujemy rosyjski atak medialny na projekty dywersyfikacji dostaw gazu do Europy Środkowo-Wschodniej i Bałkanów, którego głównymi filarami miałyby być Chorwacja i Polska. Mowa o już istniejącym gazoporcie w Świnoujściu oraz planowanym gazociągu Baltic Pipe łączącym złoża norweskie z Polską i również planowanym gazoporcie w chorwackim Krk.

Wraz z rozbudowywanymi interkonektorami łączącymi systemy gazociągów od Bałtyku do Morza Czarnego i Adriatyku możliwym byłoby przełamanie zależności regionu od importu gazu z Rosji, która konserwuje moskiewskie wpływy od czasów ZSRR. W dodatku nierosyjski gaz mógłby popłynąć również na Ukrainę (już teraz nad Dniepr naokoło, przez Niemcy, trafia surowiec norweski).

Ambasador Asimow ma częściowo rację twierdząc w artykule, że USA zależy na wypchnięciu Rosji z rynku regionalnego. Dokładniej rzecz ujmując, Waszyngtonowi zależy na pozyskaniu nowych klientów oraz na zwiększeniu niezależności swoich sojuszników z NATO od dostaw surowców strategicznych z Rosji. Nie jest bowiem zdrową sytuacją gdy kraje takie jak Słowacja 100% swojego gazu czerpią z Rosji i w przypadku przerwy w dostawach muszą ogłaszać stan wyjątkowy w gospodarce, jak miało to miejsce w 2009 roku. 

Nie jest również sytuacją zdrową, gdy uzależniona w ponad 50% od gazu z Rosji Polska musi płacić za surowiec ze wschodu więcej niż Niemcy, które importują go tranzytem przez Polskę. Różnica jest taka, że Warszawa jest w mniejszym stopniu skora do ustępstw wobec Kremla niż Berlin i na tym właśnie polega polityczne wykorzystywanie gazu przez Rosję.

Dlatego budowa terminalu w Krk jest tak samo ważna jak rozbudowa terminalu w Świnoujściu czy budowa Baltic Pipe. Projekty te umożliwiają pojawienie się na rynku gazu w regionie nowych dostawców – nie tylko z USA, ale również z Kataru, o czym ambasador nie raczył wspomnieć. To natomiast wywiera na Gazprom presję cenową i pozwala takim państwom jak Polska czy Chorwacja usiąść do rozmów gazowych z Rosjanami jak równy partner, a nie jak petent, wdzięczny za jakąkolwiek ofertę dostaw.

KomentarzeLiczba komentarzy: 29
Fun funów USA
sobota, 5 stycznia 2019, 19:42

@prawieanonim niestety muszę Cię rozczarować i to wielokrotnie: po pierwsze nie jestem niczyim "adwokatem", po drugie Twoje za przeproszeniem "pseudopatriotyczne brednie" mające być zapewne świadectwem "prawdy" nijak się mają do rzeczywistości. Rosyjski gaz z NS2 kupi w Europie prawie każdy jeżeli jego cena będzie "atrakcyjna" a taka zapewne będzie bo pomimo historyjek prezentowanych Tu wielokrotnie przez szanownego "Boczka" LNG z USA jest i będzie droższe. I zaklinanie rzeczywistości nic Tu nie pomoże a kilka zdań prawdy powiedziała Tu przedstawiona jako wybitna ekspertka przez pana Krzysztofa Nieczypora dr Anna Mikulska, pracownik Centrum Studiów Energetycznych Instytutu Bakera na Uniwersytecie Rice’a w Stanach Zjednoczonych czym wywołała u niego sporą "konsternację" (być może zaskoczyła go "szczerość" jej wypowiedzi (dwa małe cytaty: "Przesył rurociągami jest zbyt tani, by Rosja mogła sobie pozwolić na rezygnację z tej formy transportu"...."A właśnie – cena. W Polsce toczy się burzliwa dyskusja na temat opłacalności transportu amerykańskiego skroplonego gazu do Polski, zwłaszcza w porównaniu do ceny za rosyjski surowiec. Pani, jak widzę, nie ma wątpliwości odnośnie tego, że amerykański gaz jest droższy od rosyjskiego? Oczywiście. Cena amerykańskiego jest wyższa, ponieważ koszty produkcji i transportu są wyższe..."). I to. że pan Woźniak do spółki z panem Naimskim karmią "propagandą" ciemny lud który jak rzekł "klasyk "wszystko kupi" (i jak się okazuje "kupuje") nie spowoduje zmiany tych cen. Polska oczywiście tego gazu nie kupi bo w swej rusofobi walczy o Ukrainę bardziej niż ta sama o siebie.(nie zastanowiło Cię np. choć przez moment jakim to cudem Ukrainę, która zrezygnowała z zakupu gazu od Rosji bo był da niej za drogi stać na "kupowanie" tego samego rosyjskiego gazu od Polski, która płaci za niego ponoć najdrożej w Europie a więc dużo dużo drożej niż płaciła Rosji rzeczona Ukraina? Itd. itd). Dywagacji zaś dot. "osiągnięć Rosji" czy ilości Rosjan pracujących w Polsce nie komentuje ze zwykłej przyzwoitości. @Wania: oczywiście, że kibicuje Polsce i chciałbym aby gaz którym ogrzewam dom był tani ale taka sytuacja nam "nie grozi" bo pomimo głodnych kawałków o "zasadach wolnorynkowych" nasz rząd nie kieruje się w tej kwestii żadną "ekonomią" a polityką i to uprawianą wybitnie nieudolnie pod dyktando "Wielkiego Brata". A co do propagandy: kto zaczął? Nie pamiętam ale ciąg zdarzeń wydaje się sugerować, że jest inaczej niż twierdzisz: Zresztą jakby nie było sprawy zaszły za daleko i wygra tylko jedna "strona" bo na osiągnięcie jakiegoś kompromisu (korzystnego dla nas) nie ma już szans.

Stary Grzyb
sobota, 5 stycznia 2019, 18:34

Do "rtyrtutu". W pewnym sensie dotknąłeś istotnej kwestii. Z rosyjską propagandą nie ma jakiegokolwiek sensu dyskutować. Ją należy dezawuować, wykpiwać i blokować, a jej przekazywaczy ośmieszać, kompromitować i upokarzać, a także pod dowolnymi pretekstami gnębić, zamykać i deportować. I w związku z powyższym ambasador Asimow w żadnym przypadku i w żadnej kwestii nie mógł - z definicji - mieć racji choćby w najdrobniejszej części, mógł co najwyżej dezinformować, manipulować, kręcić, mataczyć, przeinaczać, klimkiem rzucać, insynuować, w ornat się ubrać i ogonem na mszę dzwonić, smolić farmazony, sadzić kocopoły, itd., itp. Skądinąd zaś, jak pisałem, ciekawe byłoby dowiedzieć się, czy w Chorwacji istnieją jakieś znaczące grupy podatne na kremlowski agitprop i wysiłki łapownicze?

Wania
sobota, 5 stycznia 2019, 07:45

Do Fun funów USA. Bardzo dobry wpis z jedną korektą. To nie my siejemy propagandę tylko Kreml a polskie działania są odpowiedzią na rosyjską propagandę. Mam nadzieję, że kibicujesz Polsce chcącej mieć niższe ceny gazu, uniniezależnione od widzimisię polityków na kremlu.

CdM
piątek, 4 stycznia 2019, 15:19

@Fun funów USA Nie wiem czego oczekujesz; skoro przeciwnik uprawia propagandę sprzeczną z naszym interesem narodowym, to nic dziwnego, że my uprawiamy propagandę odwrotną. A przyznawanie się do tego byłoby nielogiczne, bo osłabiłoby efekt, więc o co ci chodzi? Co do sukcesu: sytuacja, w której mamy terminale LNG + BP, a jednocześnie NS2 ponosi porażkę, byłaby oczywiście zdecydowanie lepsza od sytuacji odwrotnej, to chyba nie ulega kwestii. I to nawet gdyby finalnie było to tylko rezerwową, mało wykorzystywaną alternatywą wobec Gazpromu - to i tak byłby to zarówno świetny lewar negocjacyjny (wtedy taka infrastruktura zarabia na siebie... wcale nie pracując), jak i kluczowy element bezpieczeństwa energetycznego. O czym oczywiście Rosja doskonale wie.

Ala
piątek, 4 stycznia 2019, 15:17

Obecne pomysły dywersyfikacji gazu określa się jako projekt Brama Północna. To dość nieokreślony, raczej publicystyczny konstrukt, w którego skład wchodzą nie tylko import LNG, ale i budowa rurociągu do złóż gazowych Morza Północnego i Korytarz Północ-Południe. Do tego dochodzą najbardziej intensywnie prowadzone prace nad zwiększeniem przesyłu gazu z Polski na Ukrainę oraz dość niemrawo postępujące połączenie z Litwą. Drugim pod względem znaczenia projektem jest obecnie rurociąg Baltic Pipe. Ogłoszono go ponad rok temu, wracając w ten sposób do pomysłu, który próbowano przeprowadzić już dwukrotnie za rządów AWS (1999-2003) i PiS (2005-07). I który dwukrotnie upadł z powodu braku opłacalności i partnerów, przekonanych o jego celowości. Pytanie – czy to najtańsza i najkrótsza droga dostaw, omijająca niepewne kraje tranzytowe, dostarczająca tańszy gaz, którego dostawy można zwiększyć także wtedy, gdy jest najbardziej potrzebny? Odpowiedź: nie. Gaz norweski już dopływa na rynek europejski, który jest coraz bardziej zintegrowany, połączony i płynny. Będziemy więc jedynie odbierać gaz z dostaw do Niemiec, co nie musi wzbudzać tam entuzjazmu. Poza tym złoża norweskie nie rokują zwiększenia produkcji, a wręcz przeciwnie – będą się kurczyć. A w sezonie zimowym Norwedzy nie mogą dostarczyć dodatkowych ilości gazu, bo wydobycie jest niestabilne i coraz bardziej nieprzewidywalne przy wyczerpywaniu się złóż. Pomimo tego we wspólnym przedsięwzięciu duńskiego Energinet i polskiego Gaz-Systemu przeprowadzono studium wykonalności, kolejni premierzy pracują z władzami Norwegii i Danii, zakończono procedurę open season. Oferent był oczywiście tylko jeden – PGNiG, które zobowiązało się do opłaty przesyłu 8,1 mld m3 gazu rocznie przez 15 lat. Przy koszcie rurociągu między 6,7 mld zł a 8,7 mld zł to potężne zobowiązanie na przyszłość, trzeba opłacić jego budowę, zarządzanie, koszty przesyłu. Jeśli chodzi o gaz rosyjski odbieramy go na granicy z rury jamalskiej czy ukraińskiej bez żadnych dodatkowych kosztów. Nie jest też jasne, skąd ma pochodzić gaz. Nie ma kontraktu z dostawcami, jedna wersja projektu Baltic Pipe mówi o „wcięciu się” (tie-in) do rurociągu Europipe II, inna o połączeniu ze złożami gazu norweskiego. Jednak nie ma żadnych kontraktów z dostawcami gazu, ani negocjacji z operatorem Europipe II. Nasz krajowy potentat zapowiada, że będzie miał własny gaz na Morzu Północnym. Ambitne plany, jednak PGNiG nie wydobywa tam jeszcze ani grama gazu, nie jest też operatorem żadnej działającej koncesji, a jedynie uczestniczy jako inwestor finansowy w projektach prowadzonych przez inne koncerny. I jako inwestor finansowy od dziesięciu już lat, po zainwestowaniu 5,3 mld zł, osiągnął 5,5 mld przychodu. To brzmi niepokojąco. Wartość sprzedaży po dziesięciu latach jest równa inwestycjom? Niestety spółka nie przedstawia wyników działalności w Norwegii, jednak PGNiG w 2016 r. zapłaciła 590 mln zł podatku dochodowego w Polsce, 11 mln w Pakistanie, a w Norwegii – nic. Nie ma zysków? Po dziesięciu latach? Rodzi się pytanie, czy w Norwegii wrzucamy pieniądze do morza? Myślę, że trzecia już próba podejścia do norweskiego gazu skazana jest na niepowodzenie. Dotychczasowe działania kosztują niewiele, zobowiązania podjęte można jeszcze łatwo unieważnić. Na przykład Duńczycy zabezpieczyli się przed powtórzeniem poprzednich porażek w ten sposób że „ostateczną decyzję o inwestycji” (FID) mają podjąć na początku przyszłego roku, ale „ostatecznie zatwierdzona” będzie ona pod koniec 2019 r., czyli po wyborach w Polsce. Wtedy możemy oczekiwać realnej decyzji o budowie, jednak z pewnością nie zdążymy przed 2022 r., kiedy wygaśnie kontrakt z Gazpromem. Zresztą nie musimy się spieszyć, będziemy bowiem mieli…

Reklama
Tweets Energetyka24