Nowa niemiecka elektrownia węglowa jest nieważna. Hipokryzja RFN leży gdzie indziej [KOMENTARZ]

1 czerwca 2020, 15:06
840_472_matched__q4ctei_merkel35601501920
Fot. Pixabay
Energetyka24
Energetyka24

DOTYCZY:


Media poświęciły wiele uwagi decyzji rządu w Berlinie o uruchomieniu nowej elektrowni węglowej Datteln 4. Jednakże to nie ta jednostka jest symbolem ekologicznej hipokryzji Berlina. Brudny sekret RFN w zakresie ochrony klimatu leży gdzie indziej.

W sobotę 30 maja oddano do komercyjnego użytku nową niemiecką elektrownię węglową Datteln IV.

Jednostka ta była budowana od 2007 roku i przez długi czas nie było wiadomo, czy znajdzie się dla niej miejsce w systemie elektroenergetycznym. Szczególnie czarne chmury zawisły nad nią w czerwcu 2018 roku, kiedy to rząd w Berlinie powołał do życia komisję dekarbonizacyjną, mającą opracować plan wyjścia Niemiec z węgla. Harmonogram dekarbonizacji RFN został opracowany na początku roku ubiegłego – pozostawiał on Berlinowi zaledwie 19 lat na porzucenie gospodarki węglowej. Do tego ambitnego planu elektrownia Datteln IV pasowała jak pięść do nosa.

Przełom nastąpił w listopadzie ubiegłego roku. Wtedy też Agencja Reutera poinformowała, że niemiecki rząd zgodził się, by Datteln IV mogła rozpocząć komercyjną produkcję energii elektrycznej.

Choć Datteln IV jest jednostką nowoczesną, a przez to - względnie - niskoemisyjną, to krok ten nie jest zgodny z obecną doktryną Berlina zakładającej zakończenie korzystania z węgla w gospodarce do 2038 roku. Termin ten został ustalony przez obradującą od czerwca 2018 roku do stycznia roku 2019 tzw. Komisję ds. wyjścia z węgla

Sytuację tę można wskazać jako widoczną rysę na niemieckiej Energiewende, czyli na transformacji energetycznej wdrażanej od dwóch dekad przez kolejne ekipy rządzące w Berlinie. Decyzja o zielonym świetle dla nowej węglówki praktycznie zbiegła się bowiem w czasie z wyłączeniem elektrowni jądrowej w niemieckim Philippsburgu. RFN straciła zatem przedwcześnie 1,4 GW czystej – bo bezemisyjnej – mocy, a w jej miejsce do systemu wchodzi 1,1 GW na węglu w Datteln. Sytuację tę można jednak zniuansować o zapowiedzi spółki Uniper (a więc właściciela nowej niemieckiej węglówki), która chce wyłączyć swoje inne moce węglowe, by ich miejsce zajęła nowsza (a więc i nieco mniej emisyjna) Datteln 4. Nie sposób też nie odnieść tej sytuacji do toczących się w Berlinie rozmów nad porozumieniem ws. wyjścia z węgla – według medialnych informacji rząd federalny ma wspomóc strony zaangażowane w przemysł węglowy kwotą prawie 50 mld euro w ramach rekompensat za porzucenie tego paliwa. Oznacza to, że Uniper może uruchomić Datteln 4, by zyskać dodatkowe środki z tego tytułu.

Jednakże, jak to zostało wskazane we wstępie, to nie na nowej węglówce powinni skupiać się ci, którzy widzą, że niemiecka Energiewende wcale nie ma na celu ratowania klimatu.

Krytyka transformacji energetycznej Niemiec w zakresie samej kwestii węgla jest w tym momencie powierzchownym dotknięciem problemu, nawet biorąc pod uwagę fakt, że RFN jest największym światowym konsumentem węgla brunatnego. Surowiec ten będzie bowiem stopniowo znikał z niemieckiego miksu (inna rzecz, czy zniknie w przewidzianym przez Berlin czasie, tj. do 2038 roku, ale to jest temat na zupełnie inną dyskusję). Prawdziwy grzech pierworodny Energiewende zasadza się na tym, że Niemcy starają się – z czysto partykularnych powodów – wytrącić z ręki Europy jedyne dostępne obecnie narzędzie, które pozwala na skuteczną i długofalową głęboką redukcję emisji dwutlenku węgla. Mowa oczywiście o energetyce jądrowej.

Walkę Niemiec z europejskim atomem widać dziś bardzo wyraźnie. Uderzającym przykładem takich działań jest chociażby spór o tzw. taksonomię, o którym pisał dla Energetyka24 dr Józef Sobolewski. „[Taksonomia] to indeks projektów, które mogą lub nie mogą, liczyć na wsparcie budżetu Unii oraz unijnych instytucji finansowych. Projekty uznane za niezrównoważone mogą być realizowane, jednak brak wsparcia w Brukseli oznacza także utrudniony dostęp do kapitału prywatnego na rynku europejskim (…). Decyzja Rady Europejskiej o poparciu sformułowania prezydencji fińskiej na rzecz <<odnawialnych i neutralnych dla klimatu źródeł energii>> pozostawia otwarte drzwi do zaklasyfikowania energii jądrowej, jako <<zielonej>> w nowej taksonomii zrównoważonego finansowania UE. Jak można się było spodziewać, Niemcy, Austria i Luksemburg głosowały przeciw” – wskazywał.

Z kolei Rauli Partanen napisał dla Financial Times’a artykuł sugerujący, że Niemcy mogą chcieć całkowicie zablokować powstanie taksonomii, gdyż podcina to skrzydła ich gazowym inwestycjom. „We wrześniu Niemcy, Austria i Luksemburg sprzeciwiły się propozycji Finlandii, by taksonomia była dokumentem neutralnym technologicznie, co pozwoliłoby zachować energetykę jądrową jako działalność zrównoważoną (…). Ale w Brukseli mówi się, że prawdziwy powód problemu z Taksonomią jest głębszy i mroczniejszy. Przez lata niemiecki miks energetyczny starał się odejść od atomu i zmniejszyć zależność od węgla (…). Nawet pomimo heroicznego zwrotu ku odnawialnym źródłom energii, istnieje duże prawdopodobieństwo, że Niemcy w krótkim terminie znacząco uzależnią się od gazu ziemnego (…), wyłączonego z Taksonomii (…). W tym świetle wiele osób w Niemczech ma interes w tym, żeby cała Taksonomia upadła – a energetyka jądrowa może tu posłużyć za kozła ofiarnego (…). Jeżeli tak by się stało, byłoby to ekstremalnie protekcjonalne zachowanie ze strony Niemiec (…). Jedynym powodem dla niepopierania energetyki jądrowej byłaby w tym przypadku chęć pogrzebania Taksonomii, która stała się niewygodna gospodarczo dla Niemiec (…). Cała Europa – i jej klimat – ucierpiałyby tylko po to, by Niemcy nie musieli w pojedynkę zmierzyć się z konsekwencjami swej słabo zaprojektowanej polityki energetycznej” – napisał Partanen.

Natomiast portal Euractiv poinformował, że europejscy Zieloni zamierzają tak wyśrubować rygory nowej taksonomii, by energetyka jądrowa nie miała szans im sprostać. Frakcja Zielonych w Parlamencie Europejskim liczy 75 członków, z czego 1/3 (w tym współprzewodnicząca) to europosłowie z Niemiec.

Warto zaznaczyć, że dla Berlina ograniczanie potencjału europejskiej energetyki jądrowej jest tak ważne, że partie sprawujące władzę w RFN – chadecy i socjaldemokraci – wpisali antyatomowe postulaty do swej umowy koalicyjnej.

Jaki cel kryje się za tymi wszystkimi działaniami Berlina? Przecież wyłączanie elektrowni jądrowych może zachwiać bezpieczeństwem energetycznym Europy i storpedować wysiłki zmierzające do wyhamowania zmian klimatu. Tymczasem, jak się okazuje, Niemcy sami powiedzieli, jaki jest cel ich antyatomowej walki. Jej sens zawiera się bowiem w przytoczonych wyżej słowach umowy koalicyjnej CDU/CSU i SPD: „(...) osadzenie Energiewende w kontekście europejskim otwiera szansę na zmniejszenie kosztów i wykorzystanie efektu synergii. Chcemy dodatkowych możliwości rozwoju i wzrostu zatrudnienia w Niemczech oraz możliwości eksportowych dla niemieckich firm na rynkach międzynarodowych”.

Niemcy otwarcie wskazują zatem, że ich antyatomowa polityka (bo taka właśnie jest Energiewende) ma na celu budowę gospodarczej potęgi RFN (poprzez stymulowanie rozrostu rynku pracy oraz zwiększenie możliwości eksportowych), a co za tym idzie – wzrost pozycji politycznej Niemiec. Z kolei najważniejszym towarem eksportowym, którym handlować ma Berlin jest gaz – paliwo potrzebne dla wszystkich krajów, które zdecydują się wdrożyć w swych systemach model niemiecki. RFN będzie wkrótce dysponowała pokaźnym źródłem tego surowca – jest nim oczywiście podbałtycka magistrala Nord Stream, która rozbudowywana jest obecnie o drugi gazociąg (Nord Stream 2).

Krytyka Niemiec i ich Energiewende jest Europie potrzebna, jeśli ta chce podejść na serio do realizacji celu neutralności klimatycznej do roku 2050. Biorąc pod uwagę obecnie dostępne technologie, zamiar ten nie jest możliwy do zrealizowania bez energetyki jądrowej. Kontynuowanie walki z atomem przez najpotężniejsze państwo UE jest dla unijnych ambicji w zakresie ochrony klimatu strzałem w kolano. Dlatego doniesienia podobne do tych o Datteln 4 należy potraktować nie jako krotochwilną okazję do szyderstw z sąsiada, ale przyczynek do szerokiej i poważnej dyskusji nad kursem transformacji energetycznej, jaki – pod istotną presją Berlina – obiera Europa.

Energetyka24
Energetyka24
KomentarzeLiczba komentarzy: 12
Nvm
poniedziałek, 1 czerwca 2020, 19:13

Pewnie chodzi o wodór. Wg mnie Niemcy wytwarzając go przy pomocy energii odnawialnej chcą się stać głównym producentem w Europie. Nie zdziwiłbym się, gdyby w przyszłości "czysty" wodór, którego produktem spalania jest woda (a nie jak w przypadku EJ, odpady promieniotwórcze) popłynął nie tylko do wszystkich krajów UE, ale i rewersem Nord Stream I i II na wschód. Gaz płynący teraz jest tylko przejściowy, tak samo, jak opisana wyżej Elektrownia Węglowa.

Zbychu
wtorek, 2 czerwca 2020, 12:45

z OZE też sa odpady i to te najgorsze bo toksyczne np. z solarów, nie mówiąc juz o łańcuchu dostaw - kopalnie z dziećmi harującymi za dolara dziennie. a co z milionami ton CO2 składowanymi w atmosferze, czyli naszych płucach? Jądrówka jako jedyna zbiera pieniądze na postepowania z odpadami i wlicza je w koszt.

poniedziałek, 1 czerwca 2020, 22:24

Elektrownie atomowe także są przejściowe.

rob ercik
poniedziałek, 1 czerwca 2020, 17:59

Jak czytam te bzdury o "czystym atomie" to nie wiem czy się śmiać czy płakać. Widać że EA we współpracy z jedynie słusznym partnerem jest mocno forsowana

Alchemik
wtorek, 2 czerwca 2020, 10:09

Choćbyś nie wiem jak bardzo się starał, to nie jesteś w stanie zaprzeczyć, że jeśli chodzi o klimat to energia atomowa jest w 100% czysta, a przecież o klimat właśnie tu chodzi.

vVv
wtorek, 2 czerwca 2020, 05:01

Kolega pewnie woli gaz od Władimira Władimirowicza.

poniedziałek, 1 czerwca 2020, 22:22

Węgiel bardziej czysty...

Piotr
poniedziałek, 1 czerwca 2020, 21:29

Co takiego nieczystego jest w EJ?

rmarcin555
wtorek, 2 czerwca 2020, 01:25

@Piotr. Primo po pierwsze to odpady. Daj znać jak zbudujesz składowisko z gwarancją na chociaż 100 lat. Primo po drugie to ewentualna awaria kasuje Ci kilkadziesiąt lat "czystości". Statystyka jest bezlitosna - awarie będą się zdarzać. @rob ercik. Od atomu nie ma ucieczki. Dorośnij.

kukurydza
wtorek, 2 czerwca 2020, 19:47

Weź sobie porządny miernik promieniowania, i pospaceruj po hałdach najbliższej elektrowni lub ciepłowni. Zdziwisz się. To co zo zostaje po przerobieniu zużytego pręta nie jest bardziej niebezpieczne czy radioaktywne, aniżeli hałda których mamy całkiem sporo... tylko nie waży paru mln ton.

rmarcin555
wtorek, 2 czerwca 2020, 21:50

@kukurydza. Zobacz jakie problemy są ze składowiskami. Nie rozumiesz, że odpady z EA trzeba przechowywać przez tysiące lat. Znasz może jakieś metody produkcji takich pojemników? Jak sobie poradzić z gazami, które się wydzielają w takich pojemnikach? @Adam Rajewski. Zdajesz sobie, że na tę chwilę nie wiadomo co zrobić z reaktorem nr 2? Nikt nie wie jak go rozebrać i zutylizować. To będzie problem w pewnej chwili. W najlepszym razie tylko kosztowny finansowo.

Adam Rajewski
wtorek, 2 czerwca 2020, 16:58

Abstrahując od tego, że te potencjalne awarie są statystycznie skrajnie nieprawdopodobne i inne technologie energetyczne mają dużo więcej ofiar na jednostkę wytworzonej energii, to nie - nawet awaria jak w Fukuszimie nie kasuje nijak "czystości" pod względem klimatu.

Tweets Energetyka24