Eksperci: polskie górnictwo musi wykorzystać obecną koniunkturę

2 sierpnia 2018, 09:48
ruhr-area-696561_1920
Fot. Pixabay

Prawie 300 mln złotych zarobiła Polska Grupa Górnicza w pierwszej połowie 2018 roku. Jest to zdecydowanie dobry wynik, tym bardziej, że osiągnięty w 3 lata po tym, jak z powodu zapaści w górnictwie, poprzedni rząd chciał radykalnie ograniczać wydobycie i zamykać kopalnie. Warto więc spojrzeć z szerszej perspektywy i przeanalizować najważniejsze trendy, z którymi mieliśmy do czynienia w ostatnich latach.

Pierwszym z nich jest niewątpliwie integracja branży. Nie przypadkiem, to właśnie stworzenie de facto dwóch dużych grup górniczych (oczywiście nie bez znaczenia była także koniunktura na węgiel) spowodowało, że po serii permanentnych kryzysów udało się wyprowadzić górnictwo na plus. Z jednej strony zadecydowała o tym cykliczność branży. W górnictwie, aby wydobywać trzeba najpierw przez kilka lat przygotowywać ścianę -  to moment, w którym nie ma zysków, są natomiast koszty inwestycji. Aby działać rentownie inna kopalnia musi wtedy fedrować na pełnię możliwości, ale ma to sens, kiedy są one w rękach jednego właściciela. Rozdrobnione, siłą rzeczy narażane są na kłopoty, gdy intensywne wydobycie się kończy i potrzeba czasu na przygotowane nowych ścian.

Z drugiej zaś strony połączenie branży górniczej wyeliminowało istotny element, który ciągnął ją w dół -  czyli morderczą cenową rywalizację poszczególnych kopalni, na której korzystała energetyka, rozgrywając pomiędzy sobą konkretnych dostawców. Cena węgla była bowiem od czasu transformacji kotwicą inflacyjną, która w zasadzie nie mogła wzrosnąć, aby nie pociągnąć za sobą ceny energii. To właśnie, w połączeniu z faktem rozdrobnienia górnictwa na wiele małych spółek czy wręcz pojedynczych kopalń, dawało znakomitą pozycję negocjacyjną energetyce, która mogła dusić cenowo poszczególnych dostawców. Elektrownia mogła kupić węgiel od dowolnego dostawcy, krajowego czy zagranicznego, tymczasem kopalnia węgiel sprzedać musiała -  niekiedy za każdą cenę.

W tego typu działaniach widać było istotny błąd w zarządzaniu polityką energetyczną bezpieczeństwa państwa poprzez przywiązywanie wagi jedynie do twardych, materialnych zasobów przy ignorowaniu działań strategicznych. W efekcie w latach dobrej koniunktury dla górnictwa po prostu z niej korzystano, nie wykorzystując czasu na doinwestowanie i restrukturyzację, zaś w latach dekoniunktury na siłę zamykano te zakłady, które wykazywały się najgorszym wynikiem (co niekoniecznie oznaczało ich trwała nierentowność) i oczywiście dopłacano kolejne pieniądze podatników, zamiast szukać możliwości w samej branży. Efekty mamy dziś w postaci konieczności importu węgla, gdyż jeśli co jakiś czas zamykamy kolejne zakłady wydobywcze przy jednoczesnym braku inwestycji w nowe, to siłą rzeczy produkcja w dalszym horyzoncie zaczyna spadać. Oczywiście dochodzą do tego inne czynniki -  przede wszystkim zły sentyment rynkowy do węgla i parcie UE na dekarbonizację. Brak decyzji władz o docelowej rezygnacji z węgla lub postawieniu na ten surowiec przez pewien okres, jako istotny element bezpieczeństwa energetycznego, sprawiał, że nie podjęto strategicznych decyzji w żadną stronę.  Nie można zapomnieć także o  historii i geologii -  wiele polskich kopalń ma już ponad 100 lat albo zbliża się do tego wieku, a to uchodzi za naturalną granicę genealogicznej i ekonomicznej opłacalności (im głębiej kopiemy, tym więcej energii trzeba zużyć na wydobycie surowca na powierzchnię, transport, odwadnianie i wentylację itp.). Dodatkowo, z wielu złóż nie da się już pozyskać węgla do użytku domowego czy małej energetyki, a jedynie czysto energetyczny tzn. możliwy do palenia w piecach elektrowni. To w naturalny sposób otwiera drogę dla importu węgla dla odbiorców indywidualnych.

W efekcie mamy sytuację, w której przy dobrej koniunkturze na węgiel mamy na rynku jego braki i musimy się posiłkować importem. Dlatego w tej chwili zrozumiale jest dążenie do zwiększania produkcji tak, aby to nasz sektor wydobywczy na dobrej koniunkturze zarabiał. Oczywiście import sam w sobie nie jest zły, stanowi doskonałą poduszkę, która może amortyzować wahania koniunkturalne czy ekonomiczne w polskim sektorze wydobywczym. Ważne jednak, aby jego wielkość byłą racjonalna i aby pomagał polskiemu sektorowi wydobywczemu a nie kanibalizował jego zyski.  Wydaje się, że stan ok. 6 mln ton rocznie wsparcia importowego do osiągnięcia za 3-4 lata (czyli po odbudowie mocy wydobywczych) wydaje się być optymalny.

Tym niemniej okres dobrej koniunktury warto wykorzystać na działania restukturyzacyjne idące w dwóch potencjalnych kierunkach. Pierwszym z nich byłoby tworzenie nowych mocy wydobywczych już w oparciu o rewolucję technologiczną w górnictwie -  wykorzystanie nowych technologii TBM do drążenia upadowych zamiast szybów, mechanizacja wydobycia, nowe łatwo dostępne złoża. Dodatkowo, element technologii i mechanizacji pozwala istotnie reagować na zmianę koniunktury i kosztów, a także w efekcie problemów na rynku pracy na większą elastyczność wydobycia. Drugim, z powodzeniem stosowanym pomysłem, byłoby czasowe usypianie kopalń, zwłaszcza tych z kończącym się wydobyciem, czyli utrzymywanie ich na minimalnym ruchu w warunkach dekoniunktury, a zwiększanie wydobycia w sytuacji braku surowca na rynku, lub gdy cena uzasadnia ponoszenie kosztów ich wydobycia. Nic innego nie robi OPEC na rynku ropy, a także np. Rosjanie na rynku węgla, którzy utrzymują grupę „czasowych” kopalń uruchamianych na pełną moc, gdy trzeba zwiększyć eksport.

Aby zrealizować te wszystkie działania potrzeba dwóch rzeczy - strategii i decyzji oraz pieniędzy. W tym momencie są one w górnictwie obecne, więc czas wreszcie wykorzystać możliwości.

Dr Dawid Piekarz, ekspert Instytutu Staszica

KomentarzeLiczba komentarzy: 0
No results found.
Reklama
Tweets Energetyka24