Tockoje - sowiecka Hiroszima. Jak Rosjanie zrzucili bombę atomową na własnych ludzi [KOMENTARZ]

18 lutego 2019, 12:27
Zrzut ekranu 2019-02-18 o 11.56.36
Fot. Pixabay

W 1954 roku, podczas manewrów na poligonie Tockoje, sowieckie wojsko ćwiczyło uderzenie poprzedzone bombardowaniem nuklearnym. Nad głowami dziesiątek tysięcy żołnierzy wybuchła bomba atomowa o mocy 40 kiloton. Wielu z tych ludzi zmarło w męczarniach. Na tych, którzy przeżyli, przez 25 lat ciążyła przysięga milczenia o tych przerażających wydarzeniach.

Związek Sowiecki, 14 września 1954 roku. Na poligonie Tockoje, leżącym w obwodzie orenburskim, trwają ćwiczenia Armii Czerwonej o kryptonimie Snieżok (Śnieżka). Dowodzi nimi sam marszałek Gieorgij Konstantinowicz Żukow.

Manewry te były wyjątkowe i to z kilku powodów.

Przede wszystkim, jest to spektakularny sygnał powrotu Żukowa do najwyższych kręgów władzy sowieckiej. Marszałek ten został zdjęty ze świecznika pod koniec życia Józefa Stalina. Po śmierci dyktatora w 1953 roku Żukow pomógł Chruszczowowi w obaleniu Berii i przejęciu władzy na Kremlu. Zamach stanu udał się i Gieorgij Konstantinowicz mógł wrócić na salony Związku Sowieckiego.

Po drugie, manewry były obserwowane przez szereg najznamienitszych gości z Rosji i zza granicy. Na ćwiczenia przybyli dowódcy wszystkich sowieckich korpusów, armii, okręgów wojskowych i grup wojsk. Operację śledzili marszałkowie Związku Sowieckiego: Koniew, Malinowski, Timoszenko, Budionny, Żygariew, Niedielin, Bogdanow i Sokołowski. Nie zabrakło także wojskowych i dygnitarzy z państw sojuszniczych, z m.in. Polski (obecny był marszałek Rokossowski), Czechosłowacji, Węgier, NRD, Korei Północnej i Chin. Pojawili się także obserwatorzy z państw neutralnych. Łącznie, całe przedsięwzięcie obserwowali goście z 16 państw.

Jednakże, najważniejszym dowodem wyjątkowości ćwiczeń „Snieżok” był ich temat. Jak podaje Wiktor Suworow, autor traktującej m.in. o tych manewrach książki „Tatiana – tajna broń”, celem całej operacji było „przełamanie przygotowanej obrony nieprzyjaciela przez korpus strzelecki przy użyciu broni atomowej”. Oznacza to, że Sowieci chcieli przećwiczyć sytuację, w której dokonują manewru ofensywnego, wspierając moc uderzeniową swoich wojsk bombardowaniem nuklearnym. Co więcej, po raz pierwszy w historii ZSRS ładunek jądrowy miał zostać zrzucony z pokładu samolotu. Tego typu scenariusz był jawnym przygotowaniem do wojny napastniczej z Zachodem.

Przygotowanie scenariusza, w którym Związek Sowiecki rusza na kraje NATO ze wsparciem broni jądrowej stanowiło jedną z przyczyn, dla których Żukow był Chruszczowowi potrzebny. Nowy władca ZSRS wierzył bowiem, że konfrontacja taka – i zwycięstwo w niej – jest jedynym sposobem na zwycięstwo komunizmu. Jednak przygotowanie siłowej rozprawy z Zachodem wymagało opracowania nowych rozwiązań, uwzględniających pojawienie się zupełnie nowego rodzaju broni, czyli właśnie arsenału jądrowego. Gieorgij Konstantinowicz, marszałek doświadczony i okryty drugowojenną sławą, miał opracować scenariusz wykorzystywania tej siły, którą ZSRS dysponował od 1949 roku, do walki z krajami kapitalistycznymi. Innymi słowy mówiąc: Chruszczow wierzył, że III wojna światowa, będąca pierwszą w historii wojną jądrową, ma być sposobem na zwycięstwo rewolucji komunistycznej, a Żukow miał opracować szczegóły tego sposobu.

Co ciekawe, poglądy Chruszczowa nie były podzielane przez całą ekipę, która utrzymała się na szczytach władzy po śmierci Stalina. Jak podaje Wiktor Suworow, jeszcze 12 marca 1954 roku, a więc na pół roku przed ćwiczeniami „Śnieżnik”, ówczesny premier ZSRS Gieorgij Malenkow powiedział na wiecu politycznym, że w III wojnie światowej – ze względu na dostęp do broni jądrowej – nie będzie zwycięzców, a ludzka cywilizacja zostanie zniszczona.

Jednak to Chruszczow objął władzę w Sowietach, a wojna jądrowa miała dać mu władzę nad światem. Ćwiczenia „Snieżok” miały być jej preludium. 

Jak pisze w swej książce Suworow, przygotowania do manewrów trwały klika miesięcy. Polegały one m.in. na długotrwałych i intensywnych ćwiczeniach bojowych sowieckiego 128. Korpusu Strzeleckiego, liczącego ok. 45 tysięcy żołnierzy i oficerów. Całą jednostkę dokładnie ogolono i wyposażono w nowe mundury oraz sprzęt. Z kolei 7. Korpus Strzelecki Południowouralskiego Okręgu Wojskowego miał formować linie umocnień.

„7. Korpus Strzelecki Południowouralskiego Okręgu Wojskowego zbudował w terenie pas obrony. Korpus wycofano na pięć kilometrów z rejonu obrony, pozostawiając na pozycjach setki czołgów, transporterów opancerzonych, dział i moździerzy, a żołnierzy w okopach i schronach zastępując krowami, końmi i owcami” – pisze Suworow.

Warto zaznaczyć, że wybór miejsca przeprowadzania ćwiczeń nie był przypadkowy. Topografia poligonu Tockoje przypomina gęsto zaludnione tereny Niemiec Zachodnich, czyli najprawdopodobniejszego terenu pierwszych potyczek III wojny światowej.

Jednakże, oznaczało to także zagrożenie dla ludności cywilnej.

Wiktor Suworow w wywiadzie z Wirtualną Polską podkreślił, że okolica poligonu była gęsto zaludniona. „W zasięgu 5 km od epicentrum eksplozji znajdowały się wsie Machówka, Orłowka, Iwanowka i Jełszanka. 6,6 tys. metrów od epicentrum stała szkoła podstawowa. We wszystkich tych miejscowościach były otwarte studnie. Mnóstwo trzody chlewnej, uprawy. Ludzie...” – powiedział.

Dowództwo sowieckie nie uwzględniło jednak tych szczegółów w swoim planie. Ten zakładał zrzucenie bomby rankiem 14 września i jej wybuch na wysokości ok. 300 metrów. I właśnie to nastąpiło.

W 2006 roku Telewizja Polska nakręciła film dokumentalny pt. „Tajemnice Układu Warszawskiego”, który opowiadał m.in. o ćwiczeniach „Snieżok”. Materiał zawierał wypowiedź uczestnika tych wydarzeń, Kazimierza Tatura. Opisał on to, co zobaczył po wybuchu bomby. „To jest coś strasznego, to jest coś niebywałego (…). Były kopane transzeje, rowy (…). Co było tam? Stwory. Żywe...”.

Mniej więcej czterdzieści minut po detonacji do epicentrum dotarły oddziały specjalne. Po mniej niż trzech godzinach od wybuchu, na teren weszły regularne oddziały sowieckie. Dokonano pomyślnego przełamania.

Dla żołnierzy operujących w miejscu wybuchu jądrowego ćwiczenia „Śnieżok” były fatalne w skutkach. Konsekwencji tych nie dostrzegły już jednak oczy zagranicznych obserwatorów. Jak pisze Suworow, w obozie 128. Korpusu Strzeleckiego wybuchła epidemia krwawej biegunki. Żołnierzy nie poddano żadnym specjalnym zabiegom medycznym, nie roztoczono nad nimi opieki, którą powinni otrzymać tuż po wyjściu ze strefy skażenia. Co więcej, popełniono szereg błędów – m.in. ulokowano szpitale polowe w miejscu opadu radioaktywnego pyłu.

Suworow – powołując się na doniesienia czasopisma „Krasnaja Zwiezda” – wskazuje, że żołnierze oraz okoliczni mieszkańcy „otrzymali niemałą dawkę promieniowania”. Autor „Tatiany” wskazuje, że podczas ćwiczeń „nie zastosowano podstawowych środków ostrożności, takich jak dekontaminacja sprzętu, broni i umundurowania (…), nie przeprowadzono żadnej specjalnej obserwacji medycznej”. Uczestnicy tych wydarzeń podpisali dokument zobowiązujący ich do zachowania milczenia na temat ćwiczeń „Snieżok” przez 25 lat, co znacznie utrudniło pozyskanie pomocy państwowej czy lekarskiej.

Trudno ocenić, ilu żołnierzy i cywili zmarło w wyniku manewrów na poligonie Tockoje. Liczba taka pozostanie najprawdopodobniej nieznana – część dokumentów dotyczących ćwiczeń „Snieżok” została bowiem zniszczona, niektóre są nadal tajne. Problemy stwarza też kwestia tajemnicy, która obowiązywała uczestniczących w manewrach żołnierzy. Niemniej, skala zaniedbań, naruszeń bezpieczeństwa i zwykłego braku troski o ludzi sugeruje, że liczba ofiar śmiertelnych i osób z powikłaniami zdrowotnymi w postaci m.in. nowotworów może być przerażająco ogromna, zwłaszcza, że rozciągnęła się na nowe pokolenie. Suworow w wywiadzie dla Witrualnej Polski wspomina bowiem o dzieciach weteranów „Śnieżoka”, które urodziły się zdeformowane i chore. Historia poligonu Tockoje stanowi smutny dowód tego, jak reżim dysponujący bronią jądrową może wykorzystać jej siłę nie tylko do walki ze swymi wrogami, ale także przeciwko własnemu narodowi.

KomentarzeLiczba komentarzy: 20
Davien
wtorek, 26 lutego 2019, 23:33

Andys, jest wiele artykułów negujacych sensacje Suworowa. Problem w tym że jakos zawsze okazuja się fałszywe:))

Dalej patrzący
czwartek, 21 lutego 2019, 09:50

Różnica między takimi "atomowymi ćwiczeniami" Rosjan i Amerykanów była zasadnicza. Po pierwsze ilość uczestniczących w tych "eksperymentach", w tym stopień szczebli organizacyjnych, po drugie to, co robiono potem - przede wszystkim pełna dekontaminacja u Amerykanów, opieka lekarska, zabezpieczenie terenu. Ale to sprawy ilościowo-jakościowe na poziomie operacyjnym. Chodzi o sprawy strategiczne. Chruszczow w ten sposób utwierdzał w twardy bezwzględny sposób władzę Kremla, pokazywał, że władza na Kremlu nie osłabła po śmierci Stalina. Dlatego właśnie "zaproszono" przedstawicieli 16 państw "sojuszniczych" - aby tym pokazem siły i bezwzględności scementować strachem blok Kremla. No i był to także pokaz siły wobec Chin, które w tym czasie mówiły wprost, że ze względu na przewagę demograficzną, to Chiny winny być Wielkim Bratem całego bloku komunistycznego - co Mao mówił otwarcie zwłaszcza po śmierci Stalina. Cały teren do rosyjskiego "eksperymentu" wybrano nieprzypadkowo - odpowiadał strategicznemu przesmykowi Fulda w RFN - jego przełamanie oznaczało de facto wielokierunkowe rolowanie obrony i w efekcie zawojowanie Niemiec. Można go porównać do Bramy Smoleńskiej w znaczeniu strategicznym. Chodziło o przekonanie się, czy w warunkach zdeterminowanego użycia broni taktycznej przez Amerykanów, Armia Czerwona pójdzie do przodu. Stąd taka właśnie skala ćwiczeń i użycie typowych wojsk w dużej skali, aby prześledzić ewentualne pęknięcia w łańcuchu dowodzenia i organizacji... Przekonali się, że TAK - Armia Czerwona się nie zatrzyma i przeprowadzi atak - stąd właśnie - bazując na tym kanonie strategicznego założenia "pójdziemy do przodu w każdych warunkach - nawet użycia środków taktycznych broni atomowej" - od tamtych ćwiczeń - układane były wszelkie strategie ofensywne Armii Czerwonej dla pokonania NATO. Stąd także wzięła się strategia "ilość ponad jakością" przyświecająca Armii Czerwonej - bardzo duża liczba żołnierzy, jednostek, sprzętu, z tego z góry w dużej części przeznaczonego na stracenie jako "koszty wkalkulowane" na poziomie strategicznym - by reszta doszła w "wyzwalaniu" do Lizbony.

andys
środa, 20 lutego 2019, 09:12

Czytałem kilka artykułów na ten temat, negujacych sensacje Rezuna. Podobne ćwiczenia robili Amerykanie.

Andrettoni
środa, 20 lutego 2019, 04:32

Do dim. Myślę, ze nie masz racji. Tankowanie w powietrzu to chwyt propagandowy, żeby pokazać, ze Rosjanie umieją to robić nie gorzej niż Amerykanie. Rosja była przez wiele lat zapóźniona i teraz pokazuje, że we wszystkim nadrobiła. Jeszcze bardziej akcentuje każda przewagę nad USA. Trzeba jednak pamiętać, ze armia USA jest duża, a to oznacza wysokie koszta strukturalne - nawet wymiana skarpet dla wszystkich to bardzo dużo pieniędzy. Rosja jest podobna do Polski (niestety) - po kilka sztuk nowej broni na pokaz i masa odnowionych staroci. Oczywiście skok jakościowy jest duży, ale to dlatego, że Rosja zaczynała z niskiego pułapu. Jest tez duży potencjał, bo są nowinki techniczne, tylko gospodarka Rosji nie ma pieniędzy na masową produkcję. Słabość gospodarczą chowają za murem propagandy.

Dalej patrzący
wtorek, 19 lutego 2019, 14:36

No - jest różnica - USA 8 tysięcy - a Rosja 45 tysięcy [plus ludność okoliczna plus personel szpitali plus jednostki, które odpowiadały za przejęcie terenu - wszystko nieprzygotowane - łyknęło maksymalną dawkę]. Żniwo śmierci wśród Rosjan było obfite. Zresztą tu chodziło o zastraszenie państw "sojuszniczych" - żeby im pokazać: "proszę, ze swoimi się nie bawimy, wiec jak jakiś sprzymierzeniec w naszym bloku spróbuje fiknąć..." Takie pokazowe przywrócenie twardej hegemonii Rosji nad resztą państw "sojuszniczych" - żeby sobie nie myśleli, że po śmierci Stalina będzie jakiś luz.