Trump uderza w Iran. Korekta wadliwej polityki Obamy

10 maja 2018, 11:17
white huse
Prezydent Donald Trump podczas ogłaszania decyzji o wycofaniu się USA z porozumienia irańskiego; Fot.: White House

Prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump poinformował, że wycofuje USA z porozumienia nuklearnego z Iranem, a także przywraca sankcje gospodarcze na ten bliskowschodni kraj. Reakcja dyplomatyczna świata była skrajnie różna: Izrael i sunnickie kraje na Bliskim Wschodzie, z Arabią Saudyjską na czele, dziękują za tę decyzję i uważają ją za pierwszy krok w stronę realnego pokoju w regionie. Pozostałe państwa-sygnatariusze, a więc Chiny, Rosja, Wielka Brytania, Francja, Niemcy i Unia Europejska wyrażają zaniepokojenie wobec przyszłości relacji z Persami, którzy kontrolują najważniejszy szlak komunikacyjny w regionie – Cieśninę Hormuz - i posiadają jedne z największych na świecie zasobów ropy i gazu. Jak ważna jest ta decyzja dla geopolityki energetycznej świata?

Prezydent Trump swoją opinię o porozumieniu z Iranem, a w zasadzie Wspólnym Kompleksowym Planie Działania (ang. Joint Comprehensive Plan of Action, JCPoA) wyrażał jasno już w początkowej fazie swojej swojej kampanii prezydenckiej, określając je jako „najgorszy deal w historii kraju”.

Główne zarzuty administracji wobec tego porozumienia pokrywają się z grubsza z tym, co Partia Republikańska komunikowała od samego początku istnienia tego paktu - ta umowa nie adresuje problemu agresywnego rozwoju systemu rakiet balistycznych dalekiego zasięgu oraz zakłada, że wzbogacony uran do poziomu 3,67% będzie służył tylko do rozwoju pokojowego programu energetyki atomowej.

Dodatkowo, tzw. „przepisy na zachód słońca” (ang. Sunset provisions) oznaczają, że wszelkie ograniczenia co do ilości posiadanego wzbogaconego uranu czy wirówek potrzebnych do jego wzbogacania przestaną obowiązywać po 15 latach, czyli w 2030 roku. Ponadto, spod kontroli wyłączone są bazy wojskowe Iranu, a każda kontrola musi być uzasadniania przez kontrolujących i zgłaszana wcześniej, co umożliwia Iranowi ukrywanie dowodów na ewentualne nieprzestrzeganie porozumienia.

Te wszystkie szczegóły są ważne i w ciągu najbliższych miesięcy będą obiektem szczególnego zainteresowania opinii publicznej, nie tylko ze względu na Iran, ale także z uwagi na nadzieję rozpoczęcia negocjacji z Koreą Północną. Warto jednak spojrzeć, jakie konsekwencje, potencjalne i rzeczywiste, będzie miała decyzja prezydenta USA dla rynku ropy na świecie. 

Przede wszystkim, ustanawiając sankcję na Iran, Stany Zjednoczone liczą, że zainteresowanie ich europejskich partnerów skieruje się w kierunku amerykańskiej ropy i gazu kosztem właśnie partnera z Bliskiego Wschodu. Jednym z takich państw jest Polska, gdzie PKN Orlen już kilkakrotnie zdecydował się kupować ropę z Iranu, ostatni raz nie dalej jak 4 tygodnie temu.

Zatem jednym z pozytywnych efektów ubocznych tej decyzji, jakich spodziewają się amerykańscy politycy, jest wzrost popytu na amerykański gaz i ropę. Sankcję na irańską branżę energetyczną, zgodnie z informacją Sekretarza Skarbu Stevena Mnuchina, wejdą w życie za 180 dni.  

Po drugie, ponowne nałożenie sankcji na irański przemysł energetyczny to utrudnienie życia dla Chin, które były największym beneficjentem otwarcia irańskiego rynku ropy i gazu i to właśnie Chiny kupowały najwięcej perskiej ropy. Należy także dodać, iż wraz z blokadą irańskiego przemysłu energetycznego, przewiduje się także wzrost cen na światowych rynkach ropy, co także uderzy w rozwój Chin, jako państwa konsumującego najwięcej energii na świecie.

W obliczu negocjacji między Chinami i USA co do taryf celnych i innych aspektów ich relacji handlowych, wyższe ceny energii mogą osłabić przewagę konkurencyjną Chin, a co za tym idzie, ich pozycję negocjacyjną, a właśnie na to z pewnością także liczą rządzący w Waszyngtonie.

Po trzecie, uderzenie w Iran może być także uderzeniem w konkurencyjność rosyjskiej ropy. Umowy z Gazpromem są tak skonstruowane, że cena dla odbiorcy powiązana jest z aktualną ceną ropy na światowych rynkach, co odróżnia je od transakcji z amerykańskimi kontrahentami, którzy trzymają się sztywnej ceny ustalonej przy zakupie. Jest wysoce prawdopodobne, że przywrócenie sankcji na Iran spowoduje wzrost światowych cen ropy, co z kolei obniży atrakcyjność rosyjskiej oferty. Tym sposobem, atrakcyjność amerykańskiego przemysłu energetycznego zwiększy się.

Obawy opozycji do decyzji prezydenta można z zasady podzielić na dwie części. Jedna dotyczy zacieśnienia współpracy Iranu z Rosją i Chinami kosztem USA, a co za tym idzie wyalienowania USA w rozgrywce pomiędzy tymi trzema mocarstwami. Drugi argument to utrata wiarygodności i zmniejszenie szans na pozytywne zakończenie negocjacji z Koreą Północną

Jeśli chodzi o pierwszy problem, to trzeba pamiętać, iż Iran nigdy nie przestał współpracować z Rosją. Poparcie przez Prezydenta Obamę dla Arabskiej Wiosny, a następnie niechęć do interwencji zbrojnej w Syrii i Iraku, dała drugą szansę Rosji na obecność na Bliskim Wschodzie.

Do pomocy udało im się zaprosić właśnie Iran, który od dekad stara się szerzyć swoją Islamską Rewolucję szyickich państw na Bliskim Wschodzie, a przecież jednym z takich liderów jest Prezydent Syrii Baszar Al-Assad, reprezentujący Alawitów, czyli radykalny odłam szyitów. To tylko wzmogło poczucie zagrożenia ze strony Izraela i krajów sunnickich, na czele z Arabią Saudyjską, i tak rozpoczęła się „Zimna Wojna na Bliskim Wschodzie”, która trwa do dziś i na którą porozumienie z 2015 roku nie miało żadnego wpływu. Jej efektami jest historyczna współpraca wywiadowcza pomiędzy Izraelem a Arabią Saudyjską, izolacja Kataru na Półwyspie Arabskim czy też rekordowy poziom wydatków na zbrojenia Saudów.

Warto także pamiętać, iż JCPoA nie miało charakteru traktatu, a jedynie porozumienia, co z natury rzeczy narażało je na możliwość anulowania przez pierwszego sceptycznego jej prezydenta po Baracku Obamie. Umowa z Iranem nie była traktatem, ponieważ senatorowie i członkowie Izby Reprezentantów z obydwu partii wyrażali się wobec dokumentu sceptycznie i prezydent, obawiając się upokorzenia w Senacie, kontrolowanym także wówczas przez Republikanów, postanowił pozostać przy formule porozumienia międzynarodowego, do podpisania i ratyfikowania którego nie potrzebna jest zgoda Kongresu. Przypomnijmy, że aby traktat wszedł w życie, potrzebne jest uzyskanie 2/3 głosów w Senacie USA.

Ten błąd okazał się zabójczy dla umowy i tego błędu prezydent Trump będzie chciał uniknąć w przypadku negocjacji z Koreą Północną. Zgodnie z zapowiedziami administracji, tylko nieodwracalna denuklearyzacja Półwyspu Koreańskiego wchodzi w grę, a jeżeli tak, to trudno wyobrazić sobie, aby którykolwiek z wybranych przedstawicieli Amerykanów w Senacie USA zagłosował przeciwko takiemu rozwiązaniu.

Kiedy zaś strony ratyfikują traktat międzynarodowy, jego anulowanie jest znacznie trudniejsze, wymaga bowiem ponownej zgody Kongresu. Wobec tego, wycofanie się USA z porozumienia atomowego z Iranem wysyła jasny sygnał do Korei Północnej – tylko jasne i nieodwracalne działanie na rzecz pokoju na półwyspie koreańskim pozwoli na uzyskanie długoterminowego porozumienia z największym światowym mocarstwem militarnym.

Pojawiał się także trzeci argument przeciwko wycofaniu się Stanów Zjednoczonych z porozumienia nuklearnego, wyartykułowany przez sekretarza stanu ds. spraw zagranicznych Zjednoczonego Królestwa Borisa Johnsona, który w poniedziałek próbował jeszcze rzutem na taśmę przekonać administrację do pozostania stroną porozumienia.

Mianowicie chodzi o to, aby w trakcie obowiązywania umowy wywierać presję na Iran, tak aby po zakończeniu obowiązywania kluczowych aspektów porozumienia (część z nich wygasa w 2025, a część w 2030) Iran nie miał motywów do kontynuowania programu broni jądrowej i rakiet dalekiego zasięgu mogących przenosić głowice nuklearne. W tym tonie prezydenta próbowali przekonywać kolejno Emmanuel Macron, Angela Merkel, Theresa May i na koniec właśnie Boris Johnson. 

Ten argument ma jednak wiele wewnętrznych słabości. Po pierwsze, w ciągu niemal 1,5 roku od objęcia urzędu przez Trumpa, zarówno dyplomacja USA jak i wszystkich państw europejskich będących stronami umowy, próbowały bezskutecznie usiąść do negocjacyjnego stołu z Iranem. Po drugie, Iranowi łatwiej rozwijać swój potencjał zbrojeniowy w trakcie obowiązywania porozumienia, aniżeli w trakcie obowiązywania sankcji, między innymi w wyniku odmrożenia środków na zagranicznych kontach czy dodatkowych dochodów ze sprzedaży ropy. Umowa nie zabrania także budowania infrastruktury, która dzień po zniesieniu zakazów zapełni się wirówkami wzbogacającymi uran, z którymi Zachód nie będzie mógł absolutnie nic zrobić.

Po trzecie, administracja Trumpa, niesiona sukcesem swojego podejścia do problemu półwyspu koreańskiego szacuje, że rezygnacja ze status quo jest jedynym motywem, który może spowodować zmianę (na lepsze lub gorsze) w zachowaniu irańskiego reżimu.

Pozostanie USA w ramach porozumienia, a zatem utrzymanie status quo, nie stwarza Iranowi żadnego motywu do zmiany choćby o jotę swojego postępowania, które w wielu przypadkach, choćby w Jemenie, jest uznawane przez społeczność międzynarodową za niedopuszczalne.

Po reakcjach i nastawieniu Iranu wobec zapowiedzi wycofania się USA z JCPoA widać było również, że Irańscy Rewolucjoniści są bardzo zadowoleni z porozumienia, w związku z czym nie widzą powodów, dla których mieliby znowu usiąść do trudnych negocjacji.

Niezależnie od oceny decyzji prezydenta Trumpa, warte zauważenia są pozytywne i negatywne konsekwencje wycofania się z porozumienia Irańskiego. Celem najważniejszym w tamtym regionie jest zmniejszenie napięcia pomiędzy dwoma największymi mocarstwami, czyli Iranem i Arabią Saudyjską. Ten spór dzisiaj powoduje rozwój terroryzmu i wojny zastępcze w Jemenie, Afganistanie, Pakistanie czy Nigerii.  Tylko osiągnięcie tego celu pozwoli przejść do negocjacji długotrwałego pokoju w regionie, włączając w to także święty Graal wszystkich amerykańskich prezydentów, czyli pokój między Izraelem a Palestyną. Nie podlega dyskusji fakt, iż porozumienie z 2015 roku tego celu nie osiągnęło, zatem regionowi potrzebny jest nowy pomysł na sukces.

KomentarzeLiczba komentarzy: 20
Pav
poniedziałek, 14 maja 2018, 11:02

generalnie moze to byc cios dla Polski - kwestia ceny za jaka bedziemy kupowac czarne zloto

Realista
sobota, 12 maja 2018, 18:13

Jeżeli Iran zacznie szantażować świat tym, że ma kontrolę nad cieśniną Ormuz i to on będzie dyktował warunki, to tą kontrolę po prostu straci, USA nie pozwoli na taki szantaż. Ajatollachowie to wiedzą.

Pol
sobota, 12 maja 2018, 10:06

Dobry tytuł. Trump niestety musi naprawiać głupoty Obamy i podobnych jemu europejskich \'polityków\'. Głupota ich przypomina naiwność Chamberlaina w Monachium.

Szept
sobota, 12 maja 2018, 01:22

Ponoć polityką bliskowschodnią USA zarządza zięć Trumpa, który jak piszą amerykańskie media nie ma dobrej ręki do działań międzynarodowych. Po równoczesnych działaniach Izraela można się spodziewać że jest to przygrywka na następnej zadymy pod hasłami \"walki o pokój\" czy może z terroryzmem. Prawda jest brutalna po tym jak zachód rozwalił Libię i Kadafiego który oddał swój program nuklearny w zamian za gwarancję bezpieczeństwa nikt normalny nie zaufa przywódcom zachodniego świata. Działania USA tylko wpisują się w niedotrzymywanie traktatów i łamanie obietnic.

gegroza
czwartek, 10 maja 2018, 18:44

To nie jest żaden pomysł na sukces natomiast jest to pomysł na kolejną wojnę. Trump to niebezpieczny wariat na usługach pewnego małego kraju z bliskiego wschodu. Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to że demokraci zdominowani są przez Żydów natomiast najbardziej Izrael wspierają republikanie.

Reklama
Tweets Energetyka24