Nowelizacja ustawy o OZE to katastrofa dla sektora

Piątek, 18 Sierpnia 2017, 6:06

Dotychczas bardzo Pana ceniłem za wiedzę i rzetelność wypowiedzi, choć często nie zgadzałem się z wnioskami. Niestety w tym komentarzu stawia się Pan w jednym szeregu z prawdziwymi manipulatorami i niszczycielami sektora oze. Co się stało z Pańską etyką i przenikliwością, jeżeli nazywa Pan to szkodnictwo „pierwszym krokiem w kierunku uporządkowania branży energetycznej”? Ja w tym widzę kolejny, być może ostatni już krok do całkowitego zniszczenia niepublicznych inwestorów z tego sektora - pisze Tomasz Podgajniak w swojej polemice z prof. Władysławem Mielczarskim.

Czy naprawdę widzi Pan tylko tą jedną nieprawidłowość w procesie legislacyjnym – wyciek informacji o możliwym zastosowaniu veta przez Prezydenta? Nie razi Pana fakt, że ustawę uchwalono w ekstraordynaryjnym trybie w ciągu 15 dni, bez oceny skutków regulacji, bez konsultacji społecznych, bez możliwości udziału zainteresowanych środowisk w dyskusji na komisji, ba bez zasięgnięcia opinii Prezesa URE? Nie uwzględniono nawet poprawek technicznych Biura Legislacyjnego Senatu. Przecież to urąga podstawowym zasadom przyzwoitej legislacji.

Naprawdę uważa Pan, że cel uświęca środki? I to usprawiedliwia Ministra Energii, który przemawiając do posłów podaje im nieprawdziwe, wielokrotnie zawyżone dane o kosztach funkcjonowania systemu wsparcia dla instalacji oze?

Naprawdę myśli Pan, że najważniejszym problem jest wahnięcie kursu akcji spółek zdominowanych przez Skarb Państwa? On i tak będzie spadał, bo ta energetyka skazana jest na niebyt i stanie się to szybciej, niż wszyscy sobie wyobrażamy! A to, że ta zmiana doprowadzi do ostatecznego upadku inwestorów oze, którzy zainwestowali co najmniej 10 mld zł swoich pieniędzy i kolejne 20 mld pożyczonych z banków nie ma już dla Pana żadnego znaczenia? Ministerstwo Rozwoju szacuje straty sektora oze, który rozwinął się przecież na wyraźnie zaproszenie Państwa, na 3 mld zł rocznie. To jest w porządku?

Naprawdę uważa Pan, że to w porządku, iż prezes spółki, która stanie się prawdziwym beneficjentem tej zmiany, chwali się publicznie, że to on doprowadził do jej uchwalenia (ciekawe, czy zarejestrował się jako lobbysta), a teraz zapowiada, że będzie kupował upadłe parki wiatrowe? To się w biznesie nazywa „wrogie przejęcie”, tym bardziej gangsterskie, że wspierane przez Państwo.

Państwo, które poniesie tego wszystkie konsekwencje, bo zagraniczni inwestorzy dotknięci tą zmianą będą mieli wszelkie podstawy, żeby skarżyć Skarb Państwa o odszkodowania idące w miliardy złotych. Echo tej zmiany się rozejdzie po świecie i nie będzie już można liczyć na kapitał zewnętrzny angażujący się długofalowo w branżach strategicznych, jeeli nie da się mu mocnych, wielokrotnych zabezpieczeń, a to przecież kosztuje. A co z tym tysiącem polskich przedsiębiorców, którzy jak frajerzy zaufali planom rządowym, i którzy zamiast reinwestować w polską gospodarkę pieniądze rzetelnie zarobione na inwestycjach oze pójdą z torbami i swoją gorycz przekazywać będą innym, przestrzegając ich przed naiwną wiarą w rzetelność obietnic Państwa. 

Zapłacimy też pewnie wszyscy, o ile jeszcze będziemy wtedy w UE, za niewykonanie celu OZE na 2020 r. Ciekawe, czy dokonał Pan oszacowania, ile wyniosą koszty transferów statystycznych?

Kładąc na szalę te straty i rzekome korzyści dla konsumenta – piszę rzekome, bo w najlepszym przypadku w przeciętnym rachunku domowym nie przekroczą one 1 złotego (tak jednego złotego miesięcznie) – naprawdę uważa Pan, że to zmiana w dobrym kierunku. Ten spadek kosztów nie ma zresztą bezpośredniego związku z wysokością opłaty zastępczej, tylko z faktem, że więcej niż 6-krotne jej obniżenie zamrozi na bardzo długo cenę certyfikatów, na jeszcze niższym niż dziś poziomie.

Mówi Pan o cenach rynkowych certyfikatów i urealnieniu nierzeczywistej opłaty zastępczej! Zapomniał Pan, czemu ten instrument miał służyć i dlaczego tak wysoko ustawiono jego cenę? Przypomnę, chodziło o zapewnienie, żeby nie opłacało się podmiotom zobowiązanym rezygnować z zakupu certyfikatów! 

A gdzie Pan widzi ten „rynek”. To nie żaden rynek, tylko system wsparcia, gdzie popyt i podaż regulowana jest decyzjami politycznymi. Poprzedni rząd zaczął, a obecny kontynuuje proces destrukcji tego systemu, za nic mając straty po stronie inwestorów. Bóg jeden wie, czyich podszeptów Ci pożal się Boże politycy słuchają, bo że o sektorze energii sami nie mają zbyt wiele pojęcia, to wielokrotnie już udowodnili w publicznych wypowiedziach.

W każdym razie nie wierzę, że uważa Pan, iż sprzedając certyfikaty po 30-40 zł będziemy w stanie obsługiwać kredyty i ponosić koszty eksploatacyjne. Wie Pan tak samo dobrze jak ja, że za niecałe 200 zł/MWh nie utrzyma się żadne nowe źródło, w tym tak ukochana przez Pana energetyka węglowa. Z tą tylko różnicą, że wiatrak po spłacie kredytów staje się najtańszym źródłem energii, a koszty węgla raczej nie będą maleć.

Być może myśli Pan, tak jak to formułuje kierownictwo resortu energii, że ci inwestorzy są sami sobie winni? Po co tu się pchali ze swoimi pieniędzmi? Przecież Polska to nie Niemcy, gdzie szanuje się prawa nabyte, a za chwilę okaże się, czy nowego znaczenia nie nabierze stary ruski bon mot ‘kurica nie ptica, Polsza nie zagranica”. 

Ciekawe też byłoby poznać, jakie to myśli przechodziły Panu przez głowę, gdy twierdził Pan, że ta zmiana pomoże w realizacji międzynarodowych zobowiązań wynikających z „pakietu zimowego”?  Ja widzę tylko wiele zagrożeń, ale jedno z nich wydaje się szczególnie ważne – nie da się już namówić obywateli, aby dobrowolnie zainwestowali w przedsięwzięcia energetyczne w Polsce. Właśnie im pokazano, że Państwo w każdej chwili może ich wyzuć z własności, bez żadnego odszkodowania. Można ich tylko będzie do tego zmusić, nakładając kolejne daniny na rynek mocy, opłaty przejściowe, czy koszty likwidacji jądrowego złomu, jeżeli kiedykolwiek uda nam się to „cudo” zbudować.

Jedyne co widzę w tej zmianie, to uporczywe dążenie energetycznego oligopolu do wyrugowania z sektora jakiejkolwiek konkurencji. Nie o dobro konsumentów tu chodzi, ani o bezpieczeństwo energetyczne, tylko o bezpieczeństwo posad i polityczne zawłaszczenie branży kluczowej dla funkcjonowania każdej gospodarki. A obaj wiemy, bo żyjemy dość długo, że taki państwowy monopol nie potrafi funkcjonować efektywnie i pozornie wolny od presji konkurencji prędzej, czy później zbankrutuje, pociągając za sobą całe Państwo.

Uważam, że nie mamy prawa milczeć, ani promować zmian, które niosą takie opłakane skutki. To jest nasz obywatelski obowiązek!

Strasznie mi przykro, że muszę w ten sposób skomentować słowa Profesora, którego darzyłem i chciałbym nadal darzyć wielkim szacunkiem. Może zachęci to Pana do refleksji?

Tomasz Podgajniak

Zobacz także: Mielczarski dla Energetyka24: Nowelizacja ustawy o OZE to krok w dobrym kierunku

Zobacz także: Błąd w nowelizacji ustawy odległościowej? ,,Wynik pośpiechu"

Dziękujemy! Twój komentarz został pomyślnie dodany i oczekuje na moderację.

Dodaj komentarz

3 komentarze

Tomasz Podgajniak Środa, 23 Sierpnia 2017, 12:21
Szanowny Energetyku,
Spróbuję zignorować ten populistyczny zaśpiew („napędzać kasę inwestorom”) i podejmę dyskusję merytoryczną. Najpierw garść faktów:
1. Nasze Państwo aplikując do Unii Europejskiej (nawiasem mówiąc uważam, że była to najkorzystniejsza aplikacja w naszej historii od czasu decyzji z IX w. o przyłączeniu się Państwa Polan do chrześcijańskiego świata) zobowiązało się do zbudowania określonego potencjału OZE, gwarantującego produkcję energii elektrycznej na poziomie 7,5% konsumpcji finalnej w 2010 r (w 2004 r było to niespełna 3%).
2. Był to jeden z kluczowych warunków naszego przystąpienia do UE.
3. Dobrze pamiętam, bo uczestniczyłem w tych negocjacjach, że sektor dużej energetyki twierdził, że osiągnięcie przez nich celu 7,5% jest niemożliwe – dlatego zdecydowano w ówczesnym Ministerstwie Gospodarki, że ustanowiony zostanie system zachęcający prywatnych przedsiębiorców do realizacji niezbędnych inwestycji – były to zielone certyfikaty.
4. Wiadomo było, tak wtedy jak i obecnie, że koszty wytwarzania energii z najtańszego wówczas źródła – turbin wiatrowych, z których 80% stanowiły koszty kapitałowe przekraczają 400 zł/MWh. Ponieważ na rynku nie można było uzyskać więcej niż 120 zł/MWh założono, że certyfikaty powinny co do zasady pokrywać tą różnicę. Jednak przewidując wzrost cen energii i spadek cen technologii, a także możliwość dotowania inwestycyjnego ustalono, że początkowa wartość certyfikatu nie będzie wyższa niż 240 zł/MWh (miała być i była indeksowana wskaźnikiem inflacji osiągając ostatecznie po 10 latach poziom nieco ponad 300 zł/MWh).
5. Początkowo system nie działał do końca zgodnie z założeniami – jego efekty inwestycyjne były mizerne – w latach 2006-2010 wybudowano w Polsce niespełna 1400 MW nowych mocy OZE (250 MW rocznie), z czego 80% to były najtańsze wówczas wiatraki (dopiero w latach 2010-2015 nastąpił większy przyrost mocy, co było splotem wielu czynników, w tym wzrostu cen energii).
6. To nie wystarczyłoby do wykonania celu 7,5%. Dlatego dopuszczono do udziału w systemie certyfikatów technologię współspalania, która w 2010 r dostarczyła prawie połowę energii klasyfikowanej jako OZE. Pozwoliło to wykonać uzgodniony cel z nawiązką.
7. Jak jednak dziś widać była to fatalna w skutkach decyzja, gdyż przy braku kontroli rozwoju tej produkcji i innych zaniechaniach regulacyjnych rządu, system certyfikatów został całkowicie rozregulowany, a ich ceny zaczęły od 2014 r spadać na łeb na szyję do dzisiejszego poziomu 30 zł/MWh, który oczywiście nie gwarantuje nawet minimalnego zwrotu z wyłożonego przez inwestorów OZE kapitału.
8. Jeżeli już mówimy „o napędzaniu kasy” – spółki wykorzystujące technologię współspalania „zgarnęły” w latach 2005-2015 1/3 wszystkich wydanych certyfikatów wartych według ostrożnych szacunków ok. 10 mld zł, wydając na przystosowanie bloków węglowych jakieś śmieszne pieniądze (nigdzie nie podali ile). Drugim bezinwestycyjnym beneficjentem systemu były duże hydroelektrownie (większość z nich powstała za głębokiej komuny) – uzyskały z certyfikatów ok. 4,5 mld nie budując nic. Komu w takim razie „napędzano kasę” i kto był głównym beneficjentem systemu?
9. Powtarzam - Spółki Skarbu Państwa otrzymały do 2015 r ponad 45% wydanych certyfikatów o łącznym wolumenie 58 TWh, czyli 2 razy tyle ile wynosi dziś niszcząca system nadwyżka certyfikatów, a odbiorcy końcowi zapłacili za nie w cenie energii, mimo iż dzięki temu nie powstały żadne nowe moce (wręcz przeciwnie – spalanie biomasy w blokach węglowych przyśpiesza ich zużycie, o czym powinien wiedzieć każdy Energetyk).
Reasumując – Państwo w 2004 r zaprosiło inwestorów niepublicznych do realizacji swojego planu rozwoju OZE oferując im wsparcie w postaci zielonych certyfikatów i wielokrotnie deklarując, że stabilność tego systemu jest jednym z priorytetów polityki energetycznej Polski. Ale w tym samym czasie, słuchając podszeptów prawdziwych lobbystów z sektora wielkiej energetyki doprowadziło do upadku tego systemu, a teraz uprawia kłamliwą propagandę, odsądzając inwestorów niepublicznych od czci i wiary i w praktyce odbierając im ich majątek. Dlatego apeluję o elementarną uczciwość i przyzwoitość, bo polityka gospodarczą oparta na mitach i kłamstwach musi doprowadzić do katastrofy.
Grzegorz Onichimowski Wtorek, 22 Sierpnia 2017, 7:31
Brawo Tomku, bardzo dobra polemika! Czy naprawdę nasi decydenci nie widzą, co się dzieje? Zamist zparszać inwestorów z kapitełem, by budowali nas nowe moce, "zachęca" się ich do wyjście. Państwowe koncenry powiększają swoje moce zainstalowane nie poprzez inwestycje, ale poprzez kupowanie już istniejących bloków i instalacji OZE od zniechęconych polityką polskiego państwa inwestorów (krajowych i zagranicznych). Czy jest jakaś granica naiwności w twierdzeniu, że herbata stanie słodsze od samego jej mieszania??
Energetyk Poniedziałek, 21 Sierpnia 2017, 21:37
Czyli aby być darzonym szacunkiem trzeba napędzać kasę inwestorom i lobbystą OZE. A tu profesor nie zachował się nie chce napędzać kasy to i szacunkiem nie będzie darzony.