Mielczarski dla Energetyka24: OZE większym zagrożeniem niż reforma ETS

Piątek, 21 Kwietnia 2017, 9:35

Reforma ETS nie stanowi poważnego zagrożenia dla polskiej gospodarki, choć wiele zależy tutaj od stanowiska rządu - uważa prof. Władysław Mielczarski z Politechniki Łódzkiej. W jego opinii znacznie bardziej istotnym kosztem dla państwa jest zwiększanie udziału OZE w miksie energetycznym, spowodowane minimalnymi udziałami narzucanymi w ramach polityki energetycznej Unii Europejskiej.

„Reforma ETS sprowadza się do zastosowania mechanizmu stabilizacji (MSR), który obcina ilość pozwoleń będących na aukcji. W tej chwili pozwolenia kosztują ok. 5 euro, później będą pewnie po 6-7 euro. Nie sądzę, aby były większe niż 10 Euro/Mg. Aż tak bardzo nie musimy się martwić. Dla energetyki może to być w gruncie rzeczy rozwiązania neutralne, tu wszystko zależy od polityki rządu. ETS może być natomiast zjawiskiem negatywnym dla przedsiębiorstw przemysłu ciężkiego, które produkują w Polsce np. stal i konkurują na rynku międzynarodowym. Elektrownie natomiast to są lokalne monopole, którym się nic nie stanie,, bo zawsze mogą podnieść cenę energii elektrycznej, która obecnie jest bardzo niska” - mówił prof. Mielczarski w rozmowie z Energetyka24.

Profesor wyjaśnił również dlaczego system ETS jest w istocie korzystny dla państwa:

„Niezależnie ile kosztuje pozwolenie, to ono jest sprzedawane przez rząd krajowy, krajowym firmom (za pośrednictwem KOBIZE). Przychody ze sprzedaży pozwoleń na emisje trafiają do krajowego budżetu - one oczywiście mają pewne ograniczenia dotyczące przeznaczenia - np. na poprawę efektywności energetycznej, co zresztą jest słuszne, ale wpływają również korzystnie na sytuację budżetową. ETS jest bardzo dobrym narzędziem dla budżetu każdego państwa, a dla polskiego czy niemieckiego w szczególności” - podkreślił naukowiec.

Zobacz także: Mielczarski: Mimo inwestycji ryzyko blackoutu realne przez 10-15 lat

W opinii eksperta rząd dysponuje narzędziami, które w stosunkowo nieskomplikowany sposób mogłyby ograniczyć wzrost cen energii elektrycznej spowodowany wzrostem cen pozwoleń:

„Jeżeli Polska chciałaby w jakiś sposób zadziałać i wpłynąć np. na cenę prądu, to zawsze może obniżyć akcyzę - minimalna akcyza w UE to 0,5 euro/MWh, a u nas wynosi około 5 euro/MWh. Można również modyfikować zasady obliczania opłat przesyłowych - co zresztą już się częściowo dzieje”.

Zdaniem prof. Mielczarskiego część protestów organizacji działających w sektorze elektroenergetycznym, dotyczących reformy ETS, wynika z faktu, że nie do końca rozumieją one proponowane rozwiązania. Ponadto, w opinii naukowca niesłuszną jest polityka, która ad hoc traktuje wszelkie „klimatyczne” zobowiązania i działania w kategoriach zagrożenia: „Powinniśmy przyjrzeć się propozycjom, zastanowić co może być dla nas dobre, a co złe - próbować coś ugrać przy tym dyplomatycznym stoliku, a nie oprotestowywać wszystko” - mówił.

Profesor zwrócił uwagę na fakt, że dominującym państwem w Unii Europejskiej są Niemcy, będący zarazem kilkukrotnie większym emitentem CO2, niż Polska. W tej sytuacji mało prawdopodobnym jest, aby godzili się oni na system, który obniży rentowność ich własnej gospodarki. W związku z powyższym my również powinniśmy podejść do reformy ETS z pewnym dystansem, realnie oceniając szanse i zagrożenia, których może być przyczyną. „Unia Europejska nie jest, ani przeciwko Polsce, ani dla Polski - to pewna gra interesów. Raz uda się nam osiągnąć zamierzone cele, innym razem nie, to normalna sprawa” - zauważył prof. Mielczarski.

Zobacz także: Mielczarski o reformie ETS: Polska musi zbudować koalicję

„To co w nas uderza i co powoduje koszty, to wzrastający udział energii odnawialnej” - mówił profesor w dalszej części rozmowy. Naukowiec zwrócił uwagę, że zarówno w przypadku fotowoltaiki, jak i spalania biomasy, czy energetyki wiatrowej, konieczne jest ponoszenie potężnych wydatków, transferowanych poza granice Polski ze względu na ograniczenia technologiczne i produkcyjne.

Na koniec zapytaliśmy prof. Mielczarskiego, czy fundusz modernizacyjny może stać się impulsem modernizacyjnym dla polskiej energetyki: „Fundusz w dłuższej perspektywie nie będzie miał większego znaczenia, on jest za mały. Może oczywiście pomóc, ale mechanizmy musimy wypracować sobie sami. W energetyce zmiany zachodzą globalnie, w tej chwili narastają np. tzw. koszty osierocone. Poszliśmy w rozwój systemów rozproszonych, gdzie już jest wytwarzane prawie 40% energii elektrycznej, inwestujemy tam duże pieniądze (ponieważ energetyka rozproszona jest droższa od wielkoskalowej), a jednocześnie ze względów bezpieczeństwa utrzymujemy też bardzo duże elektrownie oraz system przesyłowy najwyższych napieć, dopłacając do nich coraz więcej, to są wyzwania, na które powinniśmy zwrócić uwagę” - mówił profesor, zwracając równocześnie uwagę, że rozwiązania jak np. rynek mocy nie stanowią długofalowej odpowiedzi.

Dziękujemy! Twój komentarz został pomyślnie dodany i oczekuje na moderację.

Dodaj komentarz

5 komentarzy

Energetyk Piątek, 21 Kwietnia 2017, 12:54
Jak zapewnić bezpieczeństwo dostaw w systemach rozproszonych jednocześnie utrzymując wielkoskalowe elektrownie i sieci najwyższych napięć w małym stopniu wykorzystane.
MacGawer Poniedziałek, 24 Kwietnia 2017, 9:22
To proste - określając podstawę i nie budując więcej niż trzeba. Obecnie wszystko wskazuje na ok. 10 GW w podstawie czyli wielkich elektrowniach. Reszta powinna pochodzić z elektrociepłowni oraz OZE czyli systemu rozproszonego. Sieci nie będa stały bezczynnie gdyż nawet w systemie rozproszonym nie ma sans by wszystko przesłać po niskim czy średnim napięciu. Do tego dochodzi wymiana międzyststemowa i rozproszony system energetyczny może chodzić jak w zegarku przy niskich kosztach.
entuzjasta. Piątek, 21 Kwietnia 2017, 11:19
Jedyne sensowne rozwiązanie to na każdym domu 3-4 KW fotoogniw.
Ceny zastawów tak spadły,że każdy może to zakupić tj.20-30tyś zł.
Praktycznie użytkowanie całoroczne mamy prawie za darmo energii elektrycznej w domu plus 50% na ogrzewanie zimowe pompą ciepła.
Naprawdę się opłaca ,jest to na pewno lepsze jak trzymanie pieniędzy w banku.I spory dodatek czy do pensji czy emerytury.
Pozdrawiam myślących.
Energetyk Niedziela, 23 Kwietnia 2017, 11:36
Czyli wydamy 30 tys. zł ale i tak będziemy płacić na duże elektrownie i sieci. Chyba, że odłączymy się od systemu, ale kto zdecyduje się na to. Zresztą to powrót do XVII wieku.
dixi Piątek, 21 Kwietnia 2017, 10:12
No tak, elektrownie podniosą ceny i co im kto zrobi. To, że konsumenci za to zapłacą, nie stanowi dla pana profesora problemu. Ważne, że budżet zyska. Doprawdy, ekonomia socjalistyczna w najczystszym wydaniu.